Reichstag 2012

Pożar Reichstagu miał przekonać opinię publiczną, że znalezione przez nazistów trzy dni wcześniej u komunistów plany przewrotu są prawdziwe. Mamy więc prowokację, która wzmacnia poprzednią, gdyż ta nie została przyjęta jako wiarygodna. Schemat jest ten sam. Odkrycie „zbrodniczych” myśli i zamiarów Brunona K. ma przekonać, iż 11 listopada to nie policja prowokowała zajścia, lecz „faszyści”, a więc w sytuacji kryzysu ekonomicznego władza oligarchii znalazła się w niebezpieczeństwie i należy zlikwidować opozycję, która „jątrzy”. Najlepiej wydając dekret „O ochronie pluralizmu i tolerancji”. Stan wyjątkowy w klasycznej formie nie wchodzi w grę, gdyż represje muszą być ubrane w szaty legalizmu, by Unia przełknęła je ze smakiem. Masowa inwigilacja opozycji i wyroki skazujące mogą zapadać tylko w obronie społeczeństwa przed potwornymi zagrożeniami.

Zapałki i nawozy

Marius van der Lubbe był komunistą holenderskim, który zerwał z partią, zarzucając jej zbytnią ustępliwość, i w 1933 r. przeniósł się do Niemiec, gdzie komuniści byli radykalniejsi. Tu pozostawał pod obserwacją policji. Aresztowany pod płonącym Reichstagiem, dobrowolnie przyznał się do prób wzniecenia pożarów w innych budynkach, zanim dostał się przez okno do biura klubu poselskiego NSDAP w Reichstagu. Podpaleń miał dokonywać przy pomocy zapałek. Próby te nie mogły mieć jednak nic wspólnego z właściwym pożarem parlamentu – musiał go wzniecić ktoś inny. Zazwyczaj wskazywano na SA – jednostki paramilitarne partii nazistowskiej. Lubbe, złapany z zapałkami, został skazany na śmierć. Wyrok wykonano w styczniu 1934 r.

28 lutego 1933 r. Niemcy stały się państwem stanu wyjątkowego. Władza hitlerowców była nieograniczona i niczym niezagrożona.
Rudolf Diels, ówczesny kierownik wydziału politycznego policji pruskiej, w 1949 r. opisał aresztowanie i przesłuchania Lubbego. Diels, przeciwnik komunizmu, uważał, że Holender był osobą niezrównoważoną psychicznie, a nawet...
[pozostało do przeczytania 73% tekstu]
Dostęp do artykułów: