Podróże

Gdzieś między Lesznem a Wrocławiem. W cieniu franciszkańskiego klasztoru. Z królewską Starówką, malowniczymi kamienicami, staromiejskimi murami i… starczy. Wschowa to przecież maleńkie miasteczko.   – Bo widzi pan – zaczyna pogodnie pani Jola. – My tu żyjemy troszkę jak na wsi. Każdy każdego zna. Nie mija kilka sekund od jej słów, gdy z drugiej strony placu słychać donośne: „Jola! Cześć! Wszystko dobrze?”. Jakiś jegomość macha do nas ręką. Wyreżyserowana scenka? Wątpię. Podobnie jak nie wierzę w to, by wzruszenie, jakie widzę w oczach pani Joli, gdy oprowadza nas po zrujnowanym zborze poewangelickim „Kripplein Christi”, było wyuczone. Jesteśmy w środku zdewastowanej świątyni. Niewielu ma tu wstęp. Pani Jola jest jedną ze szczęściarek. – To taka moja prywatna świątynia. Świątynia...
Wydawałoby się, że północny zakątek Polski jest ostatnim, od którego można by oczekiwać głębokich dolin, pagórków, ostrych wzniesień czy kanciastego pofałdowania. Urozmaicona rzeźba terenu to przecież domena południa kraju. A jednak...  Mijając tablicę z napisem „Smolniki” trzeba podjechać jeszcze niewielki kawałek. Po lewej stronie na wzniesieniu można zobaczyć sporych rozmiarów planszę z przyklejonym panoramicznym zdjęciem. To tutejszy punkt widokowy, nazywany „U Pana Tadeusza”. Między innymi właśnie z tego miejsca filmowi operatorzy ekranizacji narodowej epopei uważnie słuchali wytycznych Andrzeja Wajdy. Dziś na szczęście nie potrzeba nam już szklanego ekranu, aby przenieść się w tamten czas, w tamte pejzaże. To jeden z najpiękniejszych widoków w kraju. Malownicza paleta...
za darmo
Podhale ma Chochołów. Małopolska wschodnia Zalipie. Małopolska zachodnia chwali się swoją Lanckoroną. Kaszubi mają Chmielno. A byłe województwo tarnowskie – Zawadę. Spór o najpiękniejszą wieś w naszym kraju trwa w najlepsze. A która z wiosek w tej klasyfikacji byłaby najpiękniejsza na Mazowszu? – Dzień dobry… – pięcioletni chłopczyk dziarsko maszeruje z bukietem świeżo zebranych polnych kwiatów w garści. – Mogę zapytać, co pan robi? – A wiesz… – zaczynam przyjaźnie, odkładając na moment aparat fotograficzny i kamerę, którymi od kilku godzin staram się uwiecznić jego rodzinną wieś. – Chcę zrobić krótki reportaż o twojej wsi. – O Ponurzycy? Ale fajnie… – w moim rozmówcy nie ma krzty podstępu. Jak to zresztą w dzieciach. W dodatku tych wychowanych z dala od miasta, pełnego wyścigu i...
za darmo
Robert w Kapturze? Teoretycznie tak właśnie można by tłumaczyć jego imię. Bardziej naturalnie brzmi Robin Hood. Wybitny łucznik. Obrońca biednych. Sprytny złodziej. Znacie takiego? Wierzycie w jego istnienie? Nieważne. Poczytajcie przez chwilę, co mówią o nim legendy.   Rzecz miała miejsce jeszcze w XIII wieku, na jednym ze średniowiecznych angielskich zamków w miasteczku Nottingham, gdzie rządził okrutny szeryf William de Wendenal – skorumpowany urzędnik królewski. Bezwzględny i mściwy człowiek. Znamy go dziś jako „szeryfa z Nottingham”. Korzystając z sytuacji, że król Ryszard Lwie Serce walczył w tym czasie na krucjacie, de Wendenal zaczął bezkompromisowo roztaczać swoje rządy na coraz dalszych terenach, bezlitośnie karcąc nieposłusznych i tych, którzy nie chcieli płacić podatków...
Prócz okrągłych wklęśnięć wytrawne oko dostrzeże jeszcze na niektórych cegłach XIII-wiecznej świątyni różne tajemnicze znaki i symbole. Wśród nich jest rysunek ryby, jest słońce. Znaleźć można znak krzyża. A nawet pług.   – Mało kto wie, że pod tym obrazem Matki Bożej Częstochowskiej znajduje się drugi obraz – ksiądz proboszcz jest mocno podekscytowany opowiadaną przez siebie historią. – To obraz Matki Bożej Różańcowej. Raz w roku, w październiku, odsłania go specjalny system mocowań. – Długo tu już ksiądz jest? – pytam, gdy kończymy krótkie oprowadzenie po zarządzanym przez niego malowniczym kościółku. Widać, że zafascynowany historią tego miejsca zna tu każdy kąt. – A, dwa lata – macha skromnie ręką. – Ojej, to rzeczywiście krótko. A gdzie ksiądz się wcześniej podziewał? – Na...
Szef kubańskiego rządu Manuel Marrero Cruz zapewnił, że statki i samoloty towarowe będą nadal przybywać na wyspę. Komunistyczna gospodarka rynkowa sprawiła, że dziś 80 proc. przeznaczonych do konsumpcji towarów Kuba musi importować. Koronawirus spowodował dodatkowo, że tegoroczna wiosna będzie na turystycznym rynku Kuby koszmarem. Także dla pozostałych na wyspie turystów. – Znowu dzwonili. Pytali o was… – José nie ma najweselszej miny. Doskonale zdaje sobie sprawę, że znalazł się właśnie między młotem a kowadłem. – Mówisz o tych urzędnikach? – zgaduje Karolina. Kubański przyjaciel wcale jej nie zaskoczył. Domyślała się. Od kilku dni, gdy tylko na Kubie ogłoszono stan epidemii, doskonale wyczuwa, że jako turystka jest na cenzurowanym. – Tak, to służba emigracyjna. Chce, aby wszyscy...
To było jego miasto. Tutaj zawsze czuł się najlepiej. Dlatego większość dzieł, które stworzył, projektował z myślą właśnie o tym miejscu. Dziś to miejsce wspomina go wyjątkowo dobrze. Jako oryginalnego starca, z długą, czarną brodą. Jako głęboko wierzącego ascetę i artystę z bożym pierwiastkiem do tworzenia. – Tutaj chyba nie znają jesieni, co? – mieląc w dłoni wciąż zielony listek drzewa pomarańczy Paweł wyraźnie się rozmarza. – Chyba nie... – odpowiadam, zajęty pochłanianiem widoków, które są przed nami. Paweł ma rację. W Barcelonie już niemal lato. Plus 20 stopni i te lśniące słońcem pomarańcze na drzewach. Opuszczamy metro na swojsko brzmiącej stacji Sagrada Família. To numer jeden na turystycznej mapie stolicy Katalonii. Nie trzeba znać drogi. Wystarczy pójść za tłumem. Na...
Miesięcznie „zbieracz zwłok” zarabia nawet 15 tys. bahtów (ok. 1900 zł). Oprócz tego dostaje dwa dni wolnego. A gdy trzeba, także bezpłatne jedzenie i łóżko w akademiku. To wystarczy, aby młodego Taja namówić do pracy, co do której na samą myśl niejednemu robi się słabo. Powietrze zatrute ołowiem. Co piąta osoba bezdomna. Co sześćdziesiąta zarażona wirusem HIV. Co trzydziesta kobieta zarabia na życie jako prostytutka. Trochę smutno jak na „Miasto Aniołów”. Miasto bezładu komunikacyjnego. Perspektywa przejścia przez turystę na drugą stronę ulicy mrozi krew w żyłach. Zwłaszcza że odpowiedzialność tutejszych kierowców często jest bliska zeru. Statystyki są nieubłagane. Przez 24 247 wypadków samochodowych rocznie tajscy użytkownicy dróg znaleźli się niedawno na drugim miejscu w...
Słońce pali. Łańcuchy wypożyczonych rowerów są już mocno zapiaszczone. Pewnie wszystko przez tę szutrową drogę, na którą trafiliśmy. A może były takie już od początku, gdy wypożyczaliśmy je u tego sympatycznego Argentyńczyka, życzącego nam „buen viaje!”. Przerzutki nie zawsze płynnie przeskakują z dwójki na trójkę. Pozbawiona amortyzatorów kierownica sprawia, że czuje się najmniejsze wertepy. Ale w tej chwili człowiek o tym zupełnie nie myśli. To przecież nie rower ma być główną atrakcją tego popołudnia. Po wąskiej szutrówce wyjeżdżamy na asfalt. Pusto. Ani jednego samochodu. Żadnych dziur, żadnych kolein. Można jechać poboczem, można zaryzykować jazdę obok siebie, a nawet środkiem jezdni. Wzdłuż drogi aleja palm. Co jakiś czas widać przelatującą z jednej palmy na drugą kolorową,...
Być południkiem, od którego zaczyna się świat? Od którego zaczynają liczyć? Być pierwszym? Brzmi pięknie. Przez stulecia dyplomatyczna walka o ustalenie punktu, przez który będzie przebiegać „bazowy” południk zerowy, nie mogła osiągnąć konsensusu. Kiedyś przyjmowano, że długość geograficzną całego świata będziemy liczyć według południka przebiegającego przez hiszpańską wyspę El Hierro (zwaną „Wyspą Południkową”). Tam miał być początek. Dopiero w 1884 roku na międzynarodowej konferencji ustalono, że jedynym „południkiem 0” będzie umowna linia przechodząca przez środek lunety Królewskiego Obserwatorium w Greenwich w Londynie. – Przykro mi, ale tutaj nie ma przejścia – brytyjski policjant łagodnie, ale stanowczo wystawia rękę, blokując nam dalszą drogę. – Jak to nie ma przejścia?...
Tak właśnie wygląda rzeczywistość najstarszego skansenu świata, od którego wzięły nazwy inne podobne muzea na świecie. Historii oglądanej pod gołym niebem. Poranny Sztokholm właśnie budzi się do życia. Szwedzi szturmują biura. Część udaje się jeszcze na poranną kawę do jednej z rozlokowanych pod przeźroczystymi biurowcami kawiarenek. Szum wiatru miesza się ze stukotem tramwajów. Ryk silników z pokrzykiwaniami rowerzystów. A wystarczy przecież przejść przez most i wejść na niewielką wyspę Djurgarden. I wkrótce znajdziemy się przed bramą słynnego muzeum. Przed nami inny wymiar. Gdzieś zniknął huk aut. Nie ma już też klaksonów. Jest pierwsza połowa XIX wieku. Szwedzka prowincja. Kilka domów. Gdzieś w wysokiej trawie słychać leniwe mruczenie kota i pianie koguta. Z malowniczego budynku...
Wybiła północ. Ciemne niebo rozświetlają w tej chwili nie gwiazdy, lecz setki małych punkcików. To ogniste baloniki żegnające stary rok. I przy okazji wspomnienia z nim związane. Te dobre i te nieco gorsze. Tych drugich znów mieli w Argentynie troszkę więcej. Jest jednak ciepło, pogodnie i wyjątkowo cicho.   – Pora wracać – obwożąca nas po rogatkach argentyńskiej metropolii Meggi, przesympatyczna 20-latka, zarządza powrót do miasta. – Musimy się przygotować na wieczór! – Będziemy świętować? Idziemy na jakieś party? – na myśl o spędzeniu tej nocy wśród latynoskich rytmów aż błyszczą mi oczy. – Tańce później. Wpierw zjemy kolację z moją rodziną. To u nas tradycja – Meggi odpowiada pewnym głosem. – Mam nadzieję, że macie jakieś eleganckie stroje. Ostatni dzień roku w Buenos Aires...
24 grudnia ma w tym roku w Betlejem delikatnie pokropić. Będzie też dość chłodno. Prognozy nie mówią już niestety nic o tym, czy sięgające blisko 30 proc. bezrobocie zamierza wreszcie spaść. Ani o tym, czy do miasta wróci choć część chrześcijan, którzy opuścili je w ostatnim czasie. – Nie jedźcie tam… – jego głos momentalnie poważnieje. Do tej pory był inny. Uśmiechnięty, z rozbawionymi oczami. Gdy jednak dowiedział się o naszych planach, momentalnie zmienił oblicze. – Tym bardziej, że macie izraelskie blachy na samochodzie. Nie jedźcie tam… – Twierdzisz, że może być niebezpiecznie? – podpytuję, aby uzyskać więcej informacji o Betlejem, do którego jutro się udajemy. – To inny kraj. Inni ludzie. Niebezpiecznie. Ja bym tam na pewno się nie pchał. Temu akurat wcale się nie dziwię....
Nasz narodowy przewoźnik lotniczy zaprasza na swoje pokłady pasażerów bez względu na wiek. Wszyscy: młodsi i starsi są mile widziani w samolotach PLL LOT, a osoby niepełnosprawne mogą liczyć na potrzebną pomoc i asystę. Zwłaszcza ta ostatnia grupa osób – z ograniczonymi zdolnościami ruchowymi, słuchowymi czy wzrokowymi – wymaga wsparcia ze strony przewoźnika, który zapewnia im pomoc w zależności od rodzaju i stopnia niepełnosprawności. W razie potrzeby pasażerowie mogą podróżować z własnym wózkiem inwalidzkim lub innym sprzętem ułatwiającym poruszanie się. Wózki inwalidzkie i pojazdy elektryczne mogą również zostać dostarczone na lotniskach przez służby naziemne. Należy jedynie powiadomić o takiej potrzebie PLL LOT w trakcie procesu rezerwacji i zakupu biletu lub w dowolnym momencie...
Dzieci podróżujące z PLL LOT korzystają ze zniżek przy zakupie biletów. Przed odlotem nasz narodowy przewoźnik przygotował dedykowane stanowiska odpraw dla rodzin z dziećmi, strefy zabaw, na pokładzie zaś czekają na najmłodszych różne atrakcje. Zniżka na bilety dla niemowląt wynosi 90 proc. od wartości taryfy normalnej i dotyczy dzieci poniżej drugiego roku życia, które nie zajmują osobnego miejsca na pokładzie samolotu. Dzieciom w wieku od 2 do 11 lat przysługuje zniżka w wysokości 25 proc. od wartości taryfy normalnej i oddzielne miejsce. Dzieciom poniżej drugiego roku życia (infant) przysługuje bezpłatny limit bagażowy: jedna sztuka do 23 kg (do 158 cm łącznie) niezależnie od klasy podróży i portu docelowego (z wyjątkiem biletów w LOT Economy Saver na trasach krótkodystansowych)....
Po kilku dobach spędzonych pod Himalajami dochodzę do jednego wniosku: nepalskie środki komunikacji przystosowane są do przewozu miniludzików. Kolana nie zmieszczą się za nic w świecie. Dodatkowym utrudnieniem są wystające z siedzeń druty, skutecznie drące spodnie i „umilające” dalszą jazdę po pełnej wertepów drodze wzdłuż Himalajów. – Przepraszam… – zaczynam grzecznie. Tumult kociej muzyki z głośną perkusją sprawia, że pan siedzący za kierownicą stojącego nadal w miejscu busa chyba mnie nie usłyszał. – Panie, ruszymy wreszcie?! – powtarzam już podrażniony. – A co? – odwraca od niechcenia głowę. – Stoimy w tej wiosce już od ponad 30 minut! Ile można?! Chcielibyśmy z kolegą dojechać do Pokhary (największe miasto podnóża Himalajów, baza wypadowa dla wspinaczy – przyp. aut.) jeszcze na...
PLL LOT zachęca wszystkich do korzystania z oferowanych przez siebie połączeń międzynarodowych. Zanim dostaniemy się na pokład samolotu, warto jednak dowiedzieć się, jakie warunki trzeba spełnić, by podróż przebiegła bez przeszkód. Przewoźnicy oferują swoim pasażerom różne narzędzia usprawniające dokonanie odprawy biletowo-bagażowej. Czynność tę można znacząco skrócić, wykorzystując system automatycznej odprawy dostępny na lotnisku lub przez internet. Ponadto udając się do niektórych krajów, nie wystarczy wykupić bilet, wizę (jeśli jest wymagana) i posiadać ważny paszport. Spełnienia dodatkowych warunków wymaga np. podróż do/z USA czy Kanady. W tym pierwszym przypadku, po niedawnym zniesieniu wiz dla Polaków przez władze amerykańskie, powinniśmy udając się w podróż, oprócz posiadania...
W 9 godzin niemal 7,3 tys. km. W takim czasie boeing 787 Dreamliner pokonuje trasę z Warszawy na Sri Lankę. Od początku listopada do 28 marca 2020 r. samoloty naszego narodowego przewoźnika obsługują połączenie do Kolombo. To pierwsze regularne sezonowe połączenie PLL LOT do Azji. Przewoźnik poinformował, że obowiązuje następujący rozkład na tej trasie: Warszawa–Kolombo: LO69 WAW–CMB g. 14.25–04.15 (+1), w piątki, środy, niedziele; Kolombo–Warszawa: LO70 CMB–WAW g. 08.05–14.00, w poniedziałki, czwartki, soboty. Dodatkowo rozkład do Kolombo został ułożony w taki sposób, by umożliwić pasażerom najkrótszą podróż z krótką przesiadką (od 50 minut) na Lotnisku Chopina w Warszawie z większości obsługiwanych przez LOT miast w Polsce, Europie Zachodniej i Skandynawii, państw bałtyckich oraz z...
Szelest papierowej torby wyjmowanej przez jednego ze zwiedzających muzeum. Głuche szuranie butów. Tutaj wszystkie te odgłosy są jakby bardziej słyszalne. Człowiek odbiera je inaczej. Bo i zmysły szaleją przy odwiedzinach takiego miejsca. Znajdujemy się w pustej szkolnej salce. Po prawej stronie wisi ciemnozielona tablica. Nieopodal w kącie widać jakieś drobne napisy. Kilka krzyżyków. Pewnie bazgroły namalowane przez nudzące się w trakcie lekcji dzieci. Skrzypiące drzwi przy każdorazowym wejściu kogoś do sali. Te same drzwi, co kiedyś. Nikt ich nie wymienił. To miejsce miało pozostać takim, jakie było przed 40 laty. I tylko ta samotna prycza na środku. Jakoś tu nie pasuje. Odcisk żelaznych prętów tej twardej leżanki poznało około 40 tysięcy nieszczęśników. Tylko dlatego, że przyszło im...
Nasz narodowy przewoźnik lotniczy PLL LOT, obchodzący w tym roku jubileusz swojego 90-lecia, zapowiada na najbliższe miesiące uruchomienie kolejnych połączeń międzynarodowych do głównych miast Stanów Zjednoczonych. Polski LOT jest jedną z 12. najstarszych linii lotniczych na świecie. I stale się rozwija. – Jako przewoźnik nie tylko przetrwaliśmy na niezwykle konkurencyjnym rynku, ale od trzech lat intensywnie się rozwijamy. W przyszłym roku po raz pierwszy w historii planujemy przekroczyć liczbę 10 mln przewiezionych pasażerów i jesteśmy niezwykle dumni, że coraz więcej pasażerów wybiera nasze połączenia. To najlepszy urodzinowy prezent, jaki mogliśmy sobie wymarzyć – mówił na początku br. Rafał Milczarski, prezes LOT-u. Kierowana przez niego firma już 3 maja 2020 r. uruchomi nowe...
Wiceprezydent USA Mike Pence zapewnił, że decyzja o zniesieniu wiz dla Polaków podróżujących do Stanów Zjednoczonych może wkrótce zapaść. Nadal jednak one obowiązują. Warto więc pamiętać o warunkach, jakie należy spełnić przy aplikacji o ten dokument. Podczas wizyty w Warszawie wiceprezydent Mike Pence został pytany o wizy. – Polska zbliża się do spełnienia kryteriów objęcia programem ruchu bezwizowego. (…) kiedy zakończy się ten proces, jesteśmy gotowi bardzo szybko objąć Polskę tym programem – stwierdził. Na razie jednak wizy obowiązują i dlatego Polacy chcący odwiedzić Stany Zjednoczone muszą starać się o ich przyznanie. Jak to zrobić? Na stronie amerykańskiej ambasady w Polsce (https://pl.usembassy.gov/pl/) są opublikowane precyzyjne informacje. Przede wszystkim należy obalić...
O tej mieścince można by napisać tylko tyle, że „leży gdzieś tam”. Na pewno bardzo daleko. Posługując się baśniową narracją: „za siódmą górą, za siódmą rzeką…”. A właściwie tylko za tym drugim. Gór tu bowiem jak na lekarsko. Za to rzeki w bród. Jesteśmy więc „gdzieś tam”. Gdzieś w amazońskiej dżungli. Gdzieś między Rio Orinoko a Rio Cunucunuma. U dzielnych Indian Yequana. Ludzi po dłuższym poznaniu zupełnie otwartych. Aczkolwiek z drugiej strony nieprawdopodobnie wręcz małomównych. Przez tę drugą cechę przybywający tu „biały człowiek na łodzi” musi się nieźle nagimnastykować, aby cokolwiek załatwić. – Stefano, zrobisz mi zdjęcie z jedną z córek wodza? – wypala nagle w moim kierunku indiański przewodnik, z którym przywędrowałem w to miejsce. – No pewnie! – Lo siento! Przepraszam!...
Nad polskim morzem nie byłem już kilka lat. Zazwyczaj w tak zwanym sezonie urlopowym miałem okazję zwiedzać inne kraje, a poza sezonem się nie liczy. W tym roku jednak szczęśliwy zbieg okoliczności rzucił mnie do Władysławowa i pozwolił nadrobić zaległości. Wobec powtarzających się narzekań miłośników „jarmużowego latte z kiełkami suszi” na „kupioną za pińcetplus hołotę” mogłem spodziewać się nad morzem tłumów dzikich, a nieokiełznanych. Wedle tej narracji wąsaci Janusze ze swymi Grażynami i liczną progeniturą ciasno obstawiają się parawanami na plaży, aby chłeptać ciepłe piwo i niewysportowanymi sylwetkami szpecić piękno okolicy, po czym wykłócają się o każdy grosz w obskurnych smażalniach (nie)świeżych ryb i wszczynają burdy na wieczornych dyskotekach. Wszystko to sprawia, że „młodzi...
Zakopane ma Krupówki. Gdańsk Mariacką. Nowy Jork szczyci się Broadwayem. Paryż – Champs-Élysées. Praga ma swoją Złotą Uliczkę. Zaś Barcelona La Ramblę. Ekwadorskie Quito wcale nie wygląda w tym zestawieniu gorzej. Ma w końcu La Rondę! Nie ma tu tylu wieżowców co przy Broadwayu, nie ma też charakterystycznych gaudiowskich balkonów jak przy hiszpańskiej La Rambli. Trudno tu również dostrzec coś, co miałoby przypominać Łuk Triumfalny znad francuskiego Champs-Élysées. I nikt nie sprzedaje oscypków, jak na najsłynniejszej ulicy polskich Tatr. Ale i tak ta romantyczna uliczka biegnąca przez historyczne centrum stolicy Ekwadoru stanowi konkurencję dla wszystkich wyżej wymienionych. Za dnia ściany budynków okalające wąską i krótką (ma zaledwie 120 metrów) uliczkę La Ronda zdają się jaśnieć...
W promieniach wstającego słońca południowe stoki Atlasu mienią się marsjańskimi odcieniami ochry. Jedno z nagich wzgórz przede mną nie jest jednak zupełnie dzikie – wznosi się na nim miasto, zdające się wyrastać wprost z zapuszczonych tu korzeni. Ajt Bin Haddu (Aït-Ben-Haddou) to warowny gród, zwany tutaj „ksar”, który przez wieki pełnił rolę karawanseraju na prastarym szlaku z Marrakeszu do Timbuktu. Nie prowadzono tu badań archeologicznych, a źródła pisane potwierdzają jego istnienie dopiero od XVII wieku, ale według tradycyjnych opowieści lokalnych Berberów osada istnieje co najmniej od początków XVI stulecia. Szlak karawan jest sporo starszy, można więc domniemywać, że i historia tego miejsca jest dłuższa. Zbudowane z adoby, czyli cegły mułowej, mogłoby przetrwać stulecia w...
Nie ma drugiego takiego miejsca na świecie. Tak zadziwiającego w swej prostocie. Że oto patrzysz w prawo... I nic! Obracasz głowę w lewo. I nic! Po horyzont. Nicość zadziwiającej pampy. Myślałem: może Mongolia? Tam też mają równinne stepy pokryte trawą. Jednak mongolskie stepy, powolutku zbliżając się w stronę Ałtaju, stają się mocno pofałdowane. Australia? Tam też płasko. Ale to przede wszystkim piachy i kamienie. Nie! To argentyńska pampa jest niepodrabialna. I powiem Państwu coś jeszcze. Nie wierzyłem, dopóki nie przekonałem się o tym na własne oczy. – No ale jak to nic nie ma? Zupełnie nic? – upewniałem się tuż po wylądowaniu w Buenos Aires podczas rozmów w ogródku moich argentyńskich przyjaciół kilka dni przed wyjazdem na południe ich ojczyzny. – Stefano, nic a nic. Jedna wielka...
Stare miasto leży w objęciach gór, suburbiami rozlewając się na całą dolinę – od zatoki do zatoki. Niegdyś również od oceanu do oceanu, ale obecnie granice geograficzne przesunięto na wschód i południe, na Przylądek Igielny. Niestety, obyczaje w mieście również się zmieniły.     Kapsztad wita mnie złotą, południowoafrykańską jesienią (w Polsce właśnie kończy się wiosna, a zaczyna lato) i... wiatrem – takim, że głowę urywa. Jak mawiała moja śp. Babcia – wieje, jakby się kto powiesił. No po prostu halny. To właśnie efekt położenia miasta – z jednej strony na drodze ciepłych mas powietrza znad Oceanu Indyjskiego, z drugiej – pod osłoną gór. Z nich wichury spadają na miasto nierzadko z prędkością dochodzącą do 130 km/h. Niegdyś nazywano to „diabelskim oddechem”, ale dziś częściej...
Ten park to swego rodzaju fenomen, który naprawdę trudno opisać. I nie zrobią tego ani legendy, ani nie pomoże najbardziej plastyczne słownictwo. Zaczyna się od dwóch potoków. Pierwszy lokalni mieszkańcy nazwali Bijela. Drugi zaś – Crna Rijeka. Potoki zasilane przez kolejne dopływy znajdujących się w pobliżu strumieni w końcu „rosną w siłę”. Swoją drogą, będzie im ona potrzebna. Oto nurt natrafia w pewnym momencie na teren pełen skalnych progów, a nawet przepaści. Tu rzeka musi ulec. Spada więc z wysokości kilkudziesięciu metrów, rozbijając się na dole na kolejne pomniejsze strumienie. Teraz płynie ich gromadą, współtworząc niebanalny pejzaż złożony z 92 (!) wodospadów i 16 jezior. Witajcie w „Nacionalnim parku Plitvička jezera”! Brzmi ładnie, prawda? Pamiętam, gdy trafiłem tu...
Fitz Roy wraz z okoliczną Cerro Torre współtworzą najprawdopodobniej jeden z najbardziej pożądanych górskich pejzaży świata. I trudno się temu dziwić. Te dwie ściany razem wyglądają wręcz zjawiskowo. Szkoda tylko, że tak rzadko. – Dajesz radę? To musi być już niedaleko! – staram się pocieszyć koleżankę. Jednocześnie samego siebie. Tak naprawdę bowiem nie mam zielonego pojęcia, ile jeszcze przed nami. – Monika? – Czy daję radę? Nie. Umarłam pięć minut temu – odpowiada ironicznie. Po kilku chwilach jednak nie wytrzymuje, krzycząc wniebogłosy: – Ile można?! Czy ten grad nie mógłby już przestać?! Dookoła nas iście arktyczne warunki. Jest zimno i wietrznie. Oboje jesteśmy już kompletnie mokrzy. Deszcz jest nieubłagany. A szczyt, który miał być dla nas magnesem przyciągającym swym...
Malowniczo poprowadzone murki, nieszablonowe kolumny i stylizowane na zrujnowane zameczki. Na niespełna 15 hektarach udało się utworzyć całkiem romantyczną szkatułkę naturalnego pejzażu. Taką w sam raz, by zainspirować do napisania wiersza. I tylko romantycznych poetów brak... – Dzień dobry! Wcześnie pan przyjechał! – uśmiechnięty od ucha do ucha ochroniarz otwiera mi bramę wejściową do parku. – A bo wie pan… Chciałem być pierwszy, by pospacerować w samotności – usprawiedliwiam chyba bardziej sam siebie, rewanżując się uśmiechem sympatycznemu panu. – No, to będzie pan miał fantastyczne warunki. Oprócz mnie nikogo tu nie ma – kontynuuje ochroniarz. – A komu mam zapłacić za wstęp? – pytam, wskazując na drewniany szałasik, nad którym widnieje napis „KASA”. – Szanowny panie. Dziś...
Z jednej strony wychwalany od niedawna przez ekonomistów za zdławienie trapiącej gospodarkę dwucyfrowej inflacji. Z drugiej – zakątek ziemi, gdzie nadal ci najmniej majętni są zmuszeni zarabiać na chleb w sposób uwłaczający ich godności. Współcześni niewolnicy. Mijając rozległe pola ryżowe, co pewien czas widnokrąg zasłania mi gigantyczny baner, nieco kontrastujący z otoczeniem. Oto na tle rozlatujących się chat i gospodarstw wiejskich położonych przy głównej szosie wybrzeża na plakacie widać wielkiego żołnierza stojącego nad gromadką dzieci i ich rodziców. Wszyscy uśmiechnięci z ufnością spoglądają na swego dobroczyńcę wyposażonego w gotową do odpalenia broń. Nad całością sielankowego obrazka powiewa czerwona flaga z żółtą gwiazdą pośrodku. Nie trzeba wcale daleko odjeżdżać, aby...
Długi weekend majowy to świetny czas, aby zaplanować kilkudniowy wyjazd. Warto wybrać usługi PKP Intercity, które cieszą się rosnącą popularnością. Czasy, kiedy wygodna podróż kojarzyła się niemal wyłącznie z autem, odchodzą w zapomnienie. Coraz większą popularnością cieszy się kolej. W 2018 r. pociągami PKP Intercity podróżowało ponad 46,1 mln pasażerów, co stanowi niemal 8 proc. wzrostu w stosunku do 2017 r. (42,8 mln pasażerów). Każdego dnia PKP Intercity uruchamia średnio ponad 380 pociągów, kursujących zarówno do wszystkich większych miast, jak i popularnych ośrodków turystycznych. Możliwych celów wiosennego wyjazdu jest więc wiele. Planując podróż z wyprzedzeniem, pasażerowie mogą korzystać z atrakcyjnych ofert przygotowanych przez PKP Intercity. Super Promo to pula...
Legendy o zaginionej cywilizacji, po której pozostały jedynie tajemnicze ruiny złotych miast i świątyń rozpala ludzkość, jak Ziemia długa i szeroka. Angkor Wat znakomicie się w ten mit wpisuje, chociaż w tym wypadku jest to – no cóż – tylko mit. Początki zorganizowanej państwowości na Półwyspie Indochińskim liczą blisko dwa milenia. W IX wieku prawie cały region zajmuje zjednoczone imperium ludu Khmerów – przodków mieszkańców dzisiejszej Kambodży. W XIV wieku imperium padło pod ciosami Tajów i Wietnamczyków uchodzących przed Mongołami (którzy w międzyczasie podbili Chiny i dali Japonii legendę kamikaze). Mimo to państwo Khmerów przetrwało, chociaż znacznie osłabione. Dawną stolicę jednak opuszczono i zarosła ona lasem, chociaż nie została całkiem zapomniana. W latach 1113–1150 król...
Gotową recepturę na wonności do ciała podaje Biblia. A konkretnie 30. rozdział Księgi Wyjścia. Posuwając się powoli wzdłuż współczesnego przebiegu jerozolimskiej Drogi Krzyżowej, bardzo szybko oswoimy się z tym zapachem. Idą dwójkami. Ubrani w ciemnobrązowe habity, z przewiązanym w okolicach pasa białym sznurem. Niektórzy za sznurami mają jeszcze zaczepiony dodatkowo duży, drewniany różaniec. Idą w milczeniu. W maksymalnym skupieniu. Franciszkanie. Rzymskokatoliccy kustosze Bazyliki Grobu Pańskiego, najważniejszego – przynajmniej dla każdego chrześcijanina – kościoła w całej Jerozolimie. Część trzyma w dłoniach niewielkie krzyżyki. Ta droga dopiero ma się dla nich zacząć. Aby dojść do pierwszej stacji, muszą najpierw wyjść z bazyliki i przejść przez wąskie, hałaśliwe uliczki...
Na promenadzie w Larnace, tuż koło starego portu, wznosi się pokaźny monument okolony zielenią. To pomnik Wdzięczności, wybudowany przez Ormian dla Greków cypryjskich. Tu właśnie w 1915 roku życzliwie przyjęto uchodźców przed Mec Jeghern – Wielkim Nieszczęściem. Larnaka jest miastem o długiej i pogmatwanej historii. Jak w soczewce skupiają się w niej dzieje całej wyspy, po wielekroć zdobywanej i traconej, łączonej i – jak to jest dziś – dzielonej. W dzielnicach starszej zabudowy widać przenikające się wpływy wielu kultur ze wschodu i zachodu, z północy i południa. Na promenadzie bezkonfliktowo sąsiadują ze sobą popiersie ateńskiego dowódcy, zmarłego w 449 r. p.n.e. podczas zdobywania miasta, wenecki lew oraz pomnik Wdzięczności ormiańskich uchodźców. A jest za co dziękować! Wiek XIX...
Jest rok 1602. 38-letni fizyk ma dość. Potrzebuje rozgłosu, by ktoś zwrócił wreszcie uwagę na jego badania. Jako wykładowca na uniwersytecie nie może ścierpieć, że ludzie nadal wierzą Arystotelesowi. „Udowodnię wam, że nie macie racji” – myśli, wspinając się po ciemku na stromą wieżę. Tę samą, z której miał za chwilę zrzucać kolejne przedmioty swemu asystentowi. czerniecki.net Nazywał się Galileusz i urodził się właśnie tutaj. To włoska Piza. 10 kilometrów od wybrzeża Morza Tyrreńskiego. Obok Florencji najsłynniejsza dziś miejscowość Toskanii. Z przepięknym kompleksem zabudowań na Polu Cudów (Campo dei Miracoli). Z katedrą, baptysterium, zabytkowym cmentarzem i słynną kampanilą, popularnie znaną Krzywą Wieżą. To właśnie na niej, zgodnie z przekazywaną z pokolenia na pokolenie...
Żeby zostać zmoczonym przez deszcz na pustyni, trzeba mieć szczęście – lub pecha. Nad Zatoką Perską ten opad jest zjawiskiem rzadkim, niemniej zimą się zdarza. Zapraszam do zwiedzania Dubaju w strugach deszczu. Emirat Dubaju to państwo pustynne, w którym średnie roczne opady nie przekraczają 10 cm (dla porównania – w Polsce około 60 cm), a i to wyłącznie w miesiącach zimowych. Niby uprzedzano mnie, że w lutym i marcu panuje tam sezon mgieł i mżawek, ale jakoś trudno mi to było sobie wyobrazić. Kiedy więc z okna samolotu zobaczyłem głównie chmury, płynnie przechodzące w deszcz, niezbyt się ucieszyłem. Niesłusznie – dzięki temu zajrzałem w miejsca, których inaczej bym nie odwiedził. Ponieważ stacje metra i przystanki tramwajowe tudzież wiodące do nich pasaże są zamknięte i...
Po Budvie można przechadzać się w tę i z powrotem. Niektórzy robią to z zamiłowania do spacerów wąskimi uliczkami okalanymi starymi murami miejskimi. Inni pędzą na kolejny dziś obiad. Jeszcze inni szukają okazji. Bo o pokusę tu niezwykle łatwo. Nazywają go „Dubrownikiem w miniaturze”, „czarnogórskim Miami” albo po prostu „turystyczną stolicą kraju”. I faktycznie każde z tych trzech określeń ma swoje uzasadnienie. Po pierwsze, wąskie uliczki i domy pokryte czerwoną dachówką rzeczywiście kojarzą Budvę z zaułkami dubrownikowej Starówki. Po drugie, podobnie jak amerykańskie Miami, Budva stanowi łakomy kąsek dla wszystkich wielbicieli plaż i barów, zachęcając też do osiedlenie się tu kolejnych milionerów, o których nieco więcej za chwilę. Po trzecie, to właśnie tu rozwija się prężnie baza...
Odkrywanie Skandynawii zimą ma swój niezaprzeczalny urok, o ile jest się odpornym na mróz. Wbrew pozorom zazwyczaj nie są to jednak warunki ekstremalne – na Suwalszczyźnie bywa zimniej. Zapraszam do Sandefjordu. Za oknami terminalu lotniska Oslo-Torp noc dopiero zbiera się na przedświt, jeszcze szarówka nie wygasiła gwiazd, ale ruch na pasie jak na Okęciu w godzinach szczytu, mimo że terminal mniejszy tu niż w Modlinie. Mróz aż trzeszczy. Do przesiadki kilka godzin, więc spokojnie jem śniadanie i ruszam do Sandefjordu – stolicy europejskiego wielorybnictwa. Bezpłatnym autobusem docieram do stacji kolejki, ale skoro do pociągu godzina, a do miasteczka ledwie 6 kilometrów, decyduję się na spacer. Temperatura spadła wprawdzie do minus 14°C, ale słońce niebawem wzejdzie, więc będzie...
Ten rebranding kilkusetletniej twierdzy nad Dźwiną był strzałem w dziesiątkę. Znajdująca się przez lata w postsowieckim upadku warownia, świadek wielu tragedii i bohaterstwa Polaków na współczesnym terenie Łotwy, w kilka lat zamieniła się w prosperującą na 2 tys. mkw. przestrzeń artystyczną i muzeum najdroższego malarza współczesności Marka Rothko. Łatgalia, wschodni region współczesnej Łotwy, która w ubiegłym roku świętowała 100-lecie swojej niepodległości, przez wieki była polem wielu bitew. Zamieszkana przez lokalne plemiona Łatgalczyków, została podbita przez kawalerów mieczowych, następnie polskiego króla Zygmunta Augusta, rosyjskich carów, weszła w skład niepodległej pierwszej Republiki Łotewskiej, przeżyła okupację sowiecką, aż w 1991 roku ponownie została częścią niepodległej...
Najpierw jest Wyżyna Lubelska i Powiśle. Potem Podlasie i Polesie Lubelskie. Na końcu zaś Roztocze i Nadbuże. W tej kolejności. Przez wszystkie przejdziemy w ciągu około dwóch godzin. Zanurzając się po drodze w leniwie sielankowej atmosferze staropolskiej wsi. Staropolskiej wsi, takiej od Jana Kochanowskiego. Wsi spokojnej, wsi wesołej. Znanej z fraszek wielkiego mistrza. Ale także uchwyconej gdzie indziej niż tylko w literaturze. Bo także w Muzeum Wsi Lubelskiej. Jako się rzekło, pierwsza jest Wyżyna Lubelska. Monumentalny wiatrak widać jeszcze z krajowej „siedemnastki” łączącej Warszawę z Lublinem. To znak rozpoznawczy tego miejsca. Ale my idziemy dalej. Do Miasteczka. W kierunku drewnianej zagrody, stajni. Wchodzimy do murowanej lepianki. Tutaj w środku wszystko pozostało tak,...
Południowo-wschodnie pasmo najmłodszych gór świata stanowi zarazem granicę największej pustyni. Wiodący przez Antyatlas starożytny szlak karawan wykorzystali rządzący tu niegdyś Francuzi do wytyczenia strategicznej drogi znad oceanu w głąb pustyni. W górach Antyatlasu czuje się już tchnienie niedalekiej pustyni. Krajobraz jest tu iście marsjański – brunatne i rudawe skały straszą gołymi, niczym nieporośniętymi krawędziami. Nie ma tu nawet trawy! Wszędzie tylko goła skała albo żwir. Tylko w dolnych partiach gór jakieś szarawe porosty nieśmiało czepiają się kamienia. Oczywiście w dolinie rzeki trwa wegetacja. Szlak wiedzie wzdłuż Wadi Dara, jedynego w okolicy niesezonowego rezerwuaru życiodajnej wody. Ale to tylko wąziutkie pasemko bladej zieleni na wszechobecnym rudawym tle – z...
Niektórzy z polskich turystów nazywają je „ekwadorskim Zakopanem”. To mocne nadużycie. Góry stanowią dla Baños zaledwie cząstkę atrakcji, dla których przybywają tutaj setki tysięcy turystów rocznie. Dla większości z nich Baños to stolica rowerów, wybuchowych wulkanów, skoków na bungee i wreszcie... gorącej kąpieli. W europejskich mediach sporo można wyczytać o wybudzaniu się Etny. Na Sycylii zamykają katańskie lotnisko. Sejsmolodzy odnotowują ponad 130 wstrząsów. Ludzie opuszczają wyspę. Boją się. Najsłynniejszy włoski wulkan znów staje się bohaterem gazetowych nagłówków i coraz rzadziej schodzi z telewizyjnych pasków serwisów informacyjnych. Prawda jest jednak taka, że – przy całym szacunku i powadze, z jakimi należy traktować zagrożenia, jakie w ostatnich tygodniach stanowią groźne...
To chyba ogólnoświatowa prawidłowość, że gdy ktoś mieszka w mieście, tęskni za spokojem wsi. Której to z kolei mieszkańcy ciągną do blichtru metropolii... Jedynie w Kuala Lumpur oba te pragnienia można zaspokoić półgodzinnym spacerem. Stolica Malezji to miasto relatywnie bardzo młode, bo jego historia zaczyna się dopiero w 1857 roku. Wówczas u zbiegu rzek Gombak i Kelang (skąd zresztą nazwa, bo Kuala Lumpur znaczy „błotniste ujście”) powstała osada górnicza, obsługująca pobliską kopalnię cyny. Korzystne położenie rychło dało miejscowości status lokalnego centrum handlu i usług, tak że już w 1882 roku miasto stało się siedzibą brytyjskich władz kolonialnych, a po uzyskaniu niepodległości – stolicą kraju. Obecnie ludność aglomeracji szacuje się na około 7 mln, co – wraz z dość chaotyczną...
Zostało ich sześciu. Reszta musiała schodzić. Jeszcze inni pogubili się podczas podejścia. Pierwsza ekspedycja, której udało się wejść na szczyt Dhaulagiri. Sześciu ludzi. I tylko jeden, dwuosobowy namiot. Ścisk jest tak koszmarny, że biorący udział w wyprawie Szerpa Nyima Dordjee wybiera noc na 30-stopniowym mrozie w samym tylko śpiworze. – Namaste! – pozdrawia nas gromadka umorusanych dzieci. – Namaste – odpowiadamy zgodnie, zdążywszy nauczyć się już najpopularniejszego chyba z nepalskich słówek. – Teraz wypocznijcie. Przed wami długa droga. Smacznego – wracający z pól tarasowych ojciec rodziny, w którego domu spędzimy najbliższą noc, częstuje nas ciepłą zupą. – Kiedy przyjdzie reszta? – Jaka reszta? Idziemy sami. Jest nas tylko dwóch – odpowiadamy z Michałem nieco zaskoczeni. –...

Pages