Jarosław Marek Rymkiewicz

Jarosław Marek Rymkiewicz
Śnił mi się bal kostiumowy w Pałacu Staszica. Wprzód była konferencja i był na niej Wyka. – Niech pan zostanie – powiedział. – Będzie bal wspaniały. I zniknął. A już pary wokół wirowały. Maski! Maski! Wachlarze, pióra, kotyliony. Fraki, nagie kobiety. Co za bal szalony! Ja byłem w złotej delii z futrzanym kołnierzem. A za drzwiami chodzili rosyjscy żołnierze. Zapisałem zaraz po przebudzeniu o świcie 30 czerwca 2014.
Jarosław Marek Rymkiewicz
Jeszcze ciszej! – mów szeptem bądź ledwie słyszalny Bo szept twój – tego ucz się! – ma być dotykalny Szeptem mówią do ciebie dęby szypułkowe   Rzucają czarny wieniec na twą martwą głowę Liście spadają lecą na jesiennym wietrze Szeptem mówi do ciebie poranne powietrze Oraz martwa jabłonka – ta przy dzikim winie I tak świat się tłumaczy w ostatniej godzinie
Jarosław Marek Rymkiewicz
Niusia mnie list Lechonia, książęcia Polaków [...]   Jarosław Iwaszkiewicz, Muzyka wieczorem  Stoi na parapecie w czarnej kamizelce  Prawą ręką – jak kiedyś – wskazuje na serce  W lewej trzyma laseczkę ciupagę dębową  Chmurę znad oceanu ma tuż ponad głową  W dole widzi Krakowskie, Foksal Świętokrzyską To jest już niedaleko To jest bardzo blisko  Teraz rozkłada ręce – zanieś go tam Boże!   Książę Polaków leci w dół jak czarny orzeł
Jarosław Marek Rymkiewicz
W kolejce WKD jadą dwie nimfetki Jedna ma żółte druga zielone skarpetki Jedna ma rude loczki a druga warkoczyk Trzymają się za ręce patrzą sobie w oczy Obie śliczne jak ciepłe czerwcowe poranki Może to są siostrzyczki a może kochanki Może to są kochanki a może siostrzyczki Ale oczy im błyszczą jak ostre nożyczki
Jarosław Marek Rymkiewicz
Śniła mi się moja babka Irena – prześliczna – jak żywa.  – Jareczku – powiedziała. – Twoja Śmierć cię wzywa.       – Ale ja w nic nie wierzę! – Ja też nie wierzyłam,  Lecz ze Źródła Mądrości wody się napiłam.        – Nie umieraj! – krzyknąłem. – Zostań jeszcze ze mną!   – Ach, to nie da się zrobić. Wokół jest tak ciemno.     Ciągle trzeba umierać. Na tym to polega.  – I odeszła w jaśminach, w liliach, w przebiśniegach.
Jarosław Marek Rymkiewicz
Idź nad strumienie, gdzie wianki koralów [...]                                                       Beniowski, pieśń IV Idź nad strumienie – gdzie on szedł we śnie Przez łzy krew flegmę tam przy rue Ponthieu Patrz! gdzie jarzębin poczerniałe grona  Tam na tym mostku – to na pewno ona  Trochę się śmieje parasolką kręci  Jak sny – będziecie razem w nicość wzięci  O szarą poręcz białą dłoń oparła  Czeka na ciebie – może już umarła
Jarosław Marek Rymkiewicz
(Oktostych z dodanym dystychem) Generał Jaruzelski siedzi w Mysiej Wieży  I słucha – zegar zgrzyta i zaraz uderzy Nad Gopłem stoją czarne zakrwawione chmury  Krew płynie z góry na dół i z dołu do góry  Krwią jej zaschłym powrozem świat jest powiązany  Krew spływa strumykami ze spróchniałej ściany  Krew jest wszędzie Krew kapie na polskie sztandary  Na koronę Popiela i na okulary  Już świta Nad Kruszwicą mgły poranne wstają  A tam w drzwiach jeszcze mysie zęby się ruszają  30 maja 2014
Jarosław Marek Rymkiewicz
Mallarmé w pled kraciasty siedzi owinięty  Drżą mu palce i wąsy nawet drżą mu pięty  Pod Saint-Michel pociągi już pędzą w tunelach To poezję klasyczną trochę onieśmiela  Jak zimno! Twoje palce Muzo lodowate  Mnie także by się przydał ten jego pled w kratę  Wagon łomocze wpada w ciemność pod Sekwaną  Cała przyszłość jest teraz zakrwawioną ścianą
Jarosław Marek Rymkiewicz
Białe są marcinki i białe stokrotki W nocy nad ogrodem stoi zapach słodki  Rano przyjdzie burza wszystko poroztrąca Córka czarnej chmury białego miesiąca  Rano przyjdzie burza spojrzy kwiatom w oczy  Splecie wieniec z ognia żeby się potoczył  Splecie i rozplecie – piorun w serce wbije  W podziemnym strumieniu wody się napiję
Jarosław Marek Rymkiewicz
Książkę o Mochnackim pisałem trzy razy – i trzykrotnie zniszczyłem to, co napisałem. Nie wiem, dlaczego ta książka mi się nie udała – powinna się udać, bo o Mochnackim myślałem zawsze z czułością, więcej – z miłością i z podziwem, i uważałem go, i nadal uważam, za mojego duchowego ojca – choć jestem teraz od niego starszy o niemal pięćdziesiąt lat. Moją miłością obejmowałem też jego brata Kamila – miała to być książka o nich obu, Maurycym i Kamilu. Piszę o nich po imieniu, bo należę do tej samej co oni rodziny – wielkiej rodziny Polaków, którzy są zarazem polskimi realistami i szaleńcami polskości – kiedy trzeba, myślą zimno, a kiedy trzeba, myślą szaleńczo. Z trzech zniszczonych książek o Maurycym i Kamilu pozostały trzy fragmenty, które w pierwszych latach wieku gdzieś wydrukowałem –...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Istniała niegdyś (bo już nie istnieje) ciekawa i ważna tradycja sztuki europejskiej, wedle której malarze, przedstawiając dzień Męki Pańskiej, przedstawiali też tych, którzy w dniu Męki znaleźli się w pobliżu Jezusa Chrystusa. Tradycja wymagała, żeby malarze ze szczególną starannością przykładali się przy tym do przedstawienia twarzy tych ludzi. Ta tradycja wygasła, teraz takich obrazów już się nie maluje – malarze nie są zainteresowani nie tylko przedstawianiem scen z Pisma Świętego, ale także przedstawianiem czegokolwiek. Jednym z najpiękniejszych obrazów, namalowanych wedle tej starej, wspaniałej tradycji,  jest dzieło Quentina Matsysa, który żył między rokiem 1465 a rokiem 1530. Obraz ten, szkoły flamandzkiej, namalowany na desce, zatytułowany jest „Ecce Homo” i znajduje się...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Świat, według Jacka Malczewskiego, zarządzany jest przez Śmierć. Słowo to trzeba w tym wypadku pisać dużą literą, bo dla Malczewskiego, jak mówią nam jego obrazy, była to zawsze Śmierć osobowa – Śmierć mająca swoją kobiecą osobowość. Tę osobową Śmierć – konkretną, bo dającą się namalować jako konkretna postać kobieca – możemy oglądać na wielu obrazach Malczewskiego. Jest tuż obok, patrzy w oczy tego, kto ją maluje, albo stoi za jego plecami. Nie wiadomo tylko, czy go widzi – patrzy na niego, nawet wkłada mu palce w oczy, ale może go nie dostrzega, może patrzy wzrokiem niewidzącym – może to jest Śmierć niewidząca – niewidoma. Niemal zawsze ma przy sobie kosę – wiadomo, po co. Wystarczy też spojrzeć na którykolwiek z tych obrazów, aby uznać, za Malczewskim, że w Śmierci jest coś bardzo...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Dobrze pamiętam (i może jest tak, że już tylko ja pamiętam, nikt inny), że na tylne siedzenie bryczki i na wąską ławeczkę, na której siedziało się tyłem do kierunku jazdy, i na kolana tam siedzących narzucano ciężki skórzany fartuch – miał on na dwóch krawędziach dziurki wzmocnione metalowymi kółkami, przez które to dziurki przeciągnięty był sznur służący do zamocowania fartucha pod spodem bryczki. Tak było jesienią i wiosną, kiedy dni były słotne i bryczka, jadąc polną drogą w kierunku szosy, która prowadziła do Pułtuska, musiała przejeżdżać przez kałuże, nawet przez rozlewiska – wtedy bryzgi błota i wody leciały spod kół i spod końskich kopyt, a fartuch służył właśnie do tego, żeby zasłaniać przed obryzganiem kamasze, pantofle, spodnie i spódnice jadących bryczką. Byłem wtedy małym...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Tadzia Minca i jego żonę Danusię Majdę poznaliśmy pod koniec lat pięćdziesiątych i zaraz się zaprzyjaźniliśmy. To byli przez lata nasi najlepsi przyjaciele. Danusia była aktorką w łódzkim teatrze Kazimierza Dejmka. Była niewielkiego wzrostu, trochę korpulentna i idealnie nadawała się do komediowych ról subretek. Patrzyłem z podziwem (i z zazdrością), jak na plaży w Lisim Jarze wykonywała w powietrzu potrójne salto do tyłu. Gdyby była Włoszką, to zaangażowałby ją Fellini. Tadzio też był aktorem w Teatrze Nowym – pamiętam go jako znakomitego Szczęsnego w „Horsztyńskim” Słowackiego – ale niszczyła go trema – kiedy miał wyjść na scenę, bił za kulisami głową w ścianę, żeby opanować strach, i ostatecznie został reżyserem. Nasza przyjaźń była trochę dziwna, bo ciągle się kłóciliśmy, a...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Samotność – oraz pożytki, jakie można mieć z samotności – literatura europejska zachwalała, od czasów starożytnych, na różne sposoby. Mickiewicz w „Dziadów” części III zachwala samotność w więzieniu. W prologu do tej części Anioł mówi do śpiącego Więźnia: „My uprosiliśmy Boga, / By cię oddał w ręce wroga. / Samotność mędrców mistrzyni: / I ty w samotnym więzieniu, / Jako prorok na pustyni, / Dumaj o twym przeznaczeniu”. Mickiewicz, przez usta Anioła, mówi tu nam w istocie coś takiego: – Więzienie jest dobre, bowiem pozwala uwięzionemu, w samotności, rozmyślać o swoim losie. – Lub mówi inaczej: – Więzienie w wileńskim klasztorze bazylianów było dla mnie dobre, bowiem dzięki...
Jarosław Marek Rymkiewicz
„Zapiski starucha” Aleksander Fredro zaczął spisywać w roku 1869. Miał wtedy lat siedemdziesiąt sześć lub siedemdziesiąt osiem (nie wiadomo, czy urodził się w roku 1793, czy w roku 1791). Wydano je zaś po raz pierwszy w roku 1880, cztery lata po śmierci autora. Jest to ostatnie dzieło Fredry, złożone z kilkuset jednozdaniowych (niekiedy dwu- lub trzyzdaniowych, bardzo rzadko trochę większych) notatek, ponumerowanych i podzielonych przez autora na kilka części. „Zapiski starucha” są trudno czytelne – także rękopis jest trudny do odczytania, bo stary Fredro miał półślepe oczy oraz zreumatyzowane, wykrzywione, obolałe palce – ale trudność w ich odczytywaniu polega przede wszystkim na tym, że są straszliwie posępne, można nawet powiedzieć – jednostajnie i nudno posępne. Ta posępność „...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Sztuka (może ostrożniej byłoby powiedzieć – wielka sztuka) jest nieruchoma. Podobnie jest z wielką poezją – i ona jest nieruchoma. Podobnie jest z muzyką. W tym wypadku można powiedzieć, że muzyka przesuwa się w czasie (kiedy jest wykonywana lub odtwarzana), ale to wcale nie znaczy, że jest ruchoma. Andante z 21. koncertu fortepianowego Mozarta przesuwa się, gdy go słuchamy, w czasie, dźwięk po dźwięku, ale żeby jego nieśmiertelne i niezmienne piękno do nas dotarło, musi ono zostać przez nas ujęte nie w postaci kolejnych chwilowych (pojawiających się i znikających) dźwięków, lecz w jego nieruchomej całości, trwającej około 7 minut i 14 sekund. Podobnie poezja, gdy ją czytamy, przedstawia się nam w postaci przesuwających się w trakcie czytania obrazów, ale jej piękno dociera do nas...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Moja babka Alina (z domu Rau), matka mojej matki, nie była wielkiej urody, można nawet powiedzieć (choć to nieprzyjemnie o własnej babce coś takiego powiedzieć), że była fatalnej urody. Ale jej mąż, dziadek mój Wacław-Wiaczesław, był urody tatarskiej, krymskiej, czarnomorskiej – był pięknym mężczyzną. Był z tatarskich chanów, był tatarskim księciem, więc nie mogło być inaczej – musiał być piękny. Na fotografii, która stoi na parapecie, tuż obok mnie, nad drukarką i pudłem komputera, dziadek Wacław siedzi na krzesełku w zakładzie pułtuskiego fotografa – jego wąsy są zaczesane do góry, jego włosy, czarne, kręcone, przylegają ściśle do głowy, jego piękne tatarskie oczy ukryte są za binoklami. Uczennice w rosyjskim rządowym gimnazjum w Pułtusku musiały, kiedy wzywał je do tablicy i...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Chcąc się dowiedzieć, skąd wzięła się tajemnicza nazwa osobowa „Moskal”, zajrzałem do „Słownika etymologicznego języka polskiego” Aleksandra Brücknera (wydanego po raz pierwszy w roku 1927). Brückner często się myli, ale często też można znaleźć w jego hasłach różne ciekawe informacje, takie, których nie posiadali inni, mniej pilni badacze naszego piśmiennictwa. Z hasła „Moskwa” dowiadujemy się, po pierwsze, że obok formy „Moskal” używana też była u nas forma „Moch”, zapewne obelżywa, a utworzona na podobieństwo „Lacha” – Moch „jak Lach”; po drugie zaś, że „moskal” to jest „placek owsiany”. Według Brücknera, nazwa ta pochodzi „od miejscowości fińskiej, wymienionej po raz pierwszy w r. 1147”, a moskale pieczono nie tylko z owsa, lecz także, zwłaszcza „w czasie głodowym”, z mąki lipowej...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Nie ma w naszej literaturze ojczystej dzieła bardziej posępnego, bardziej przerażającego, bardziej też złowieszczego niż „Anhelli” Juliusza Słowackiego. Dwa małe tomiki „Pana Tadeusza”, wydane w Paryżu w roku 1834, upewniały tamtejszych Polaków (a później i wszystkich tych, którzy dostali do rąk przemycone do kraju egzemplarze), że Polska jest niezniszczalna i będzie trwać wiecznie – a jeśli Polacy zachowają swoje obyczaje i swoje sposoby życia, to moskiewska inwazja nie zniszczy nie tylko ich, ale nawet soplicowskich kurek zielononóżek i gołębi Zosi. Wydany cztery lata później, w roku 1838, też w Paryżu (to było już siedem lat po upadku powstania), mały tomik, w którym był „Anhelli”, upewniał Polaków, że Polski już nic nie może ocalić – bo właśnie umiera. Sybir (będący w „Anhellim”...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Mamy teraz tylko jednego kota – kocicę, która nazywa się Szarak. Niekiedy nazywamy ją też Uszatą, ponieważ kiedy pojawiła się u nas dziewięć lat temu, była małą kotką z ogromnymi uszami – w rodzaju takich uszu, jakie mają nietoperze. Szarak jest istnieniem milczącym – trochę reaguje na to, co do niej mówimy, ale nie odpowiada i nie próbuje się z nami porozumieć. Całkiem inaczej wyglądało to w wypadku kota, który mieszkał z nami przez szesnaście lat, a nazywał się Filek lub Żółtek, a niekiedy Pantalone, ponieważ miał na nogach białe gatki w żółte paski. Filek w latach swojej młodości też był kotem milczącym, natomiast na starość, mając lat dwanaście czy trzynaście, postanowił przemówić – i z kota milczka zrobił się kot gaduła. Wypowiadał się wówczas na różne sposoby – mruczał, jęczał i...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Wiersze polityczne (takie, w których poeta wypowiada się na temat aktualnych wydarzeń politycznych) pisali wszyscy wielcy polscy poeci – pisał je Kochanowski, pisał Karpiński, pisali Mickiewicz i Słowacki. No może niemal wszyscy, bo był jeden taki wielki polski poeta, który politycznych wierszy nie pisał – to był Bolesław Leśmian. W XX wieku pisali wiersze polityczne nawet poeci awangardowi, nowocześni, ale akurat im wychodziło to marnie, bo te ich wiersze były mało zrozumiałe lub kompletnie niezrozumiałe. Wiersz polityczny, który nie jest zrozumiały natychmiast i dla wszystkich, jest nonsensem – i urąga samej istocie tego gatunku, która zakłada możliwość wejścia sfery poetycznej w sferę polityczności, a więc możliwość poetycznej interpretacji polityczności. A w efekcie – możliwość...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Kiedy któraś z dwóch wielkich murzyńskich sopranistek, Jessye Norman albo Leontyne Price, śpiewa arię Ariadny „Es gibt ein Reich, wo alles rein ist” – „Jest takie królestwo, gdzie wszystko jest czyste” – z opery Richarda Straussa i Hugo von Hofmannsthala „Ariadne auf Naxos”, mały jeż, który spacerował po trawniku w naszym ogrodzie, zatrzymuje się i podnosi do góry swój wąski ryjek, wiewiórka, która skakała między gałęziami świerku, zastyga i wypuszcza z łapek długą szyszkę, a liście dwóch dębów i dziewięciu brzóz przestają się poruszać – nie chcąc swoim jesiennym szelestem zagłuszyć czystego krzyku, czystego jęku – sopranowego lamentu Ariadny. Nie wiem, nie potrafię tego ocenić, która z dwóch murzyńskich sopranistek śpiewa piękniej – i która z nich pojęła lepiej, o czym na skalistej...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Gdzieś w połowie ubiegłego wieku mogło się wydawać, że w sztuce i w literaturze – przynajmniej w sztuce i literaturze polskiej, ale może i europejskiej – zatriumfuje duch nowoczesności. Awangardowy duch nowoczesności był bowiem zgodny z postępowym duchem czasu, był jego uzupełnieniem – komunizm też był postępowy, a partie komunistyczne były awangardą ludzkości. Skutek tych triumfów postępowego ducha nowoczesności był taki, że rzeczy staroświeckie, które uważano za wsteczne, były lekceważone i wyszydzane. Jedną z tych lekceważonych rzeczy staroświeckich była poezja Jana Lechonia. Lekceważenie, które duch nowoczesny okazywał Lechoniowi, było dobrze uzasadnione – autor „Karmazynowego poematu” nie tylko bowiem był, ale także, i to ostentacyjnie, chciał być staroświecki. W wierszu „...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Kiedy byłem małym chłopcem, bałem się ciemności. Wydaje mi się, że wtedy wszystkie dzieci, przynajmniej wszystkie znane mi dzieci, bały się ciemności. W mieszkaniu przy ul. Koszykowej pokoje były w amfiladzie i żeby dostać się do sypialni, trzeba było przejść przez ciemną jadalnię. Kręciłem się więc w kuchni, rozmawiałem z kucharką, pytałem o coś Gienię albo siedziałem w korytarzu oświetlonym przez światło padające z kuchni i czekałem, aż ktoś z dorosłych zdecyduje się pójść do sypialni i przeprowadzi mnie przez ciemność. Pojawia się tu od razu kilka pytań. Pierwsze jest, można powiedzieć, natury technicznej – dlaczego nie mogłem zapalić sobie światła w jadalni? Tego nie potrafię wytłumaczyć – mogło być tak, że w celu przekręcenia kontaktu (wtedy kontakty się przekręcało) trzeba było...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Nie pamiętam już kto, kilkanaście lat temu, opowiedział mi historię o Cygance Ossendowskiego. Musiał to być ktoś z Milanówka lub z Żółwina. Teraz ta historia mi się przypomniała, bo w tomie Przemysława Dakowicza (zatytułowanym „Łączka”) przeczytałem wiersz o ekshumacji zwłok Ossendowskiego. Z wiersza wynika, że autor „Łączki” historii z Cyganką nie zna, więc muszę mu ją opowiedzieć. Było to tak. Gdzieś w latach trzydziestych do Ossendowskiego podeszła w Alejach Ujazdowskich Cyganka i powiedziała, że chce mu powróżyć – nawet za darmo. Pisarz chętnie się na to zgodził. Cyganka wprzód mówiła różne głupstwa, a na koniec powiedziała: – Umrze pan, panie Ferdynandzie, dopiero wtedy, kiedy zjawi się u pana baron von Ungern Sternberg. – No to ja – powiedział na to Ossendowski – nigdy nie umrę,...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Kiedy spadnie duży śnieg, mam sporo roboty. Jest jej jeszcze więcej, kiedy, po nocnej zawiei, rano widać przez okno, że nas zasypało. Sprzątanie zaczynam od schodków prowadzących do drzwi domu, potem, przy pomocy wielkiej, zielonej szufli, przekopuję się do furtki. Za furtką muszę przebić się przez górę śniegu, którą pług, odśnieżający w nocy ulicę, zepchnął pod naszą bramę. Ale to nie koniec mojej pracy, bo mam jeszcze do wykopania ścieżkę, i to niemal przez cały ogród, którą będzie można dojść do dołu z kompostem. Kilka lat temu od ścieżki prowadzącej do kompostu robiłem jeszcze odgałęzienie w kierunku starej jabłonki, która wówczas była żywa, a teraz stoi martwa, obrośnięta warkoczami dzikiego wina. Przekopawszy się do jabłonki, na jednym z jej konarów zawieszałem słoninę dla...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Niebawem ukaże się trzecie wydanie książki „Juliusz Słowacki pyta o godzinę” – po dwudziestu pięciu latach od wydania drugiego – i w związku z tym pojawił się problem, jak ma wyglądać okładka tego wydania. Wtedy, kiedy wychodziły dwa pierwsze, były takie czasy, że nikt autora nie pytał, co chciałby mieć na okładce – w ogóle nie było takiego obyczaju. Teraz jest inaczej – panie, które wydają moje książki, pytają mnie, jakie mam życzenia w sprawie okładki – i przekazują te życzenia panu Jackowi Staszewskiemu, który okładki projektuje. W sprawie Słowackiego, który pyta o godzinę, miałem taki pomysł, żeby na okładkę dać reprodukcję któregoś z witraży Wyspiańskiego, tych z wizerunkami królów – to kojarzyłoby się z „Królem-Duchem” i przypominałoby, że dla modernistów „Król-Duch” był...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Ta moja opinia pewnie zaskoczy wielbicieli komedii Aleksandra Fredry – największe dzieło naszego największego komediopisarza to nie „Zemsta”, nie równie wspaniałe „Dożywocie” i nie jadowity „Pan Jowialski”, lecz niewielka opowieść prozą – „Trzy po trzy”. Kiedy Fredro napisał ten swój pamiętnik, nie jest jasne, ustalono tylko, że jego pierwsza redakcja powstała w roku 1846. Opublikowała go zaś w roku 1877, już po śmierci autora, warszawska „Gazeta Polska”. Jest dla mnie zaszczytem (także przyjemnością), że pisuję w gazecie, w której ukazało się arcydzieło Fredry. Teraz pamiętnik ukrywa się między zielonymi tomami „Pism wszystkich”, a czytają go, jak przypuszczam, tylko nieliczni fachowcy – historycy literatury, badający życie i twórczość Fredry. Dlaczego tak się dzieje, tego nie...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Lechoń, którego wiersze z upływem czasu stają się coraz lepsze (to niezwykłe zjawisko – bowiem najczęściej bywa odwrotnie), posiadał pewną rzadką umiejętność – taką, której nie posiadał żaden z jego czterech  wspaniałych kolegów z pisma „Skamander”. Ta umiejętność jest tak rzadka, że – rozglądając się po terytorium polskiej poezji – widzę, poza Lechoniem, jeszcze tylko dwóch poetów, którzy ją posiadali. „Zegar, słyszę, wybija, / Ustąp, melankolija”. To Kochanowski. „Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali, / Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali”. To Mickiewicz. Od razu widać, o co tu chodzi – to jest umiejętność takiego skonstruowania wersu, żeby na zawsze (ewentualnie ze swoim sąsiadem) pozostał on w pamięci czytającego. Od razu też widać, że to jest umiejętność...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Huragan, który przeleciał nad Milanówkiem w nocy z 5 na 6 grudnia zeszłego roku, przewrócił jeden ze świerków rosnących w naszym ogrodzie. O drugiej w nocy obudził mnie łomot – ale ponieważ wiedziałem, że nadciąga huragan, uznałem, że to wiatr tak łomocze, bijąc w dach i w ściany. Dopiero rano, kiedy podniosłem rolety, zobaczyłem, że z czterech ogromnych, starych świerków stoją tylko trzy – ten czwarty, najsłabszy, upadł na płot, który oddziela nas od sąsiadów, i połamał gałęzie rosnących przy nim brzózek. Ale ponieważ bryła korzeniowa wydobyta została z ziemi w połowie, brzózki oraz płot ocalały. Ciąg dalszy był taki. Udałem się do siedziby straży miejskiej i tam poinformowano mnie, że powinienem udać się do gminy, gdzie uzyskam pozwolenie na usunięcie świerka, oraz do straży...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Łańcuchy przypomniały mi się, kiedy rozmawialiśmy przy stole o ulicznej zbiórce pieniędzy na sprzęt służący do leczenia dzieci. Ewa opowiedziała wtedy historię o dwóch Cygankach, które, kiedy była małą dziewczynką, przyszły do willi na Julianowie. Jedna z Cyganek rozmawiała w drzwiach kuchennych z matką Ewy, druga w tym samym czasie wyniosła przez drzwi frontowe futro, które moja przyszła teściowa dostała właśnie w prezencie od mojego przyszłego teścia. Ja zaś opowiedziałem o tym, co pamiętam z ciekawej (bo teraz kompletnie zapomnianej) problematyki łańcuchów. W latach mojego dzieciństwa w każdym warszawskim mieszkaniu przy drzwiach wejściowych był łańcuch. Nie pamiętam takich drzwi, przy których nie byłoby łańcucha. Łańcuch służył do zatrzymywania przy drzwiach złodziei, żebraków,...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Z wielkiej piątki Skamandrytów – w porządku alfabetycznym: Iwaszkiewicz, Lechoń, Słonimski, Tuwim, Wierzyński – znałem tylko dwóch – Iwaszkiewicza i Słonimskiego. Iwaszkiewicza poznałem pod koniec lat pięćdziesiątych – przyjechał wtedy do Łodzi i czytał wiersze w siedzibie tamtejszego Związku Literatów. Poszliśmy tam z Ewą, żeby go obejrzeć – chcieliśmy wiedzieć, jak wygląda wielki poeta. Kiedy czytanie się skończyło, Iwaszkiewicz podszedł do nas i powiedział tylko dwa słowa: – Miejcie dzieci. – Byłem wtedy autorem kilkunastu wierszy, których Iwaszkiewicz najprawdopodobniej nie czytał, więc uznałem (i dziś też tak sądzę), że te słowa były skierowane do Ewy – dziewiętnastoletnia Ewa była zjawiskowo piękna. Kiedy szliśmy Piotrkowską, wszyscy się za nami oglądali. Kiedy szedłem sam, nikt...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Kilka lat temu ukazał się u nas album, zawierający duży zestaw zdjęć z okupowanej Warszawy. Tytuł albumu jest dwujęzyczny: „W obiektywie wroga” – „Im Objektiv des Feindes”. Jak widać, autorzy potraktowali Niemców wyrozumiale – tytuł powinien brzmieć: „Im Objektiv des Mörders” – „W obiektywie mordercy”. Do tego ciekawego albumu z przyjemnością zaglądam, bo jest w nim trochę zdjęć, przedstawiających terytorium mojego dzieciństwa – niemieccy żołnierze, mijając kościół św. Aleksandra, maszerują przez plac Trzech Krzyży; na Nowogrodzkiej gra orkiestra uliczna; wierni wychodzą z kościoła na placu Zbawiciela – gdzieś w tym tłumie, na schodach kościoła, dostrzegam małego chłopca w czapeczce i w krótkim płaszczyku – to mogę być ja. Najciekawsze zdjęcie w albumie przedstawia teren wtedy mi...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Pojechałem po raz pierwszy do Rosji sowieckiej w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Byłem młodym człowiekiem, nie miałem jeszcze trzydziestu lat. W Leningradzie poznałem kilku młodych pisarzy, mniej więcej w moim wieku albo trochę starszych. Pokazali mi siedzibę NKWD, dawną siedzibę CzeKa, mur więzienny i ulicę, przy której mieszkał Puszkin. Nie mieli żadnych złudzeń – wiedzieli, gdzie żyją. Przyjechałem w czerwcu, więc zaprosili mnie na nocny spacer, żebym zobaczył leningradzkie białe noce. Chodziliśmy przez całą noc – w jej białym, trochę trupim świetle – po kamiennym nadbrzeżu, po mostach nad kanałami, w pobliżu konnego pomnika i w pobliżu Admiralicji, i rozmawialiśmy trochę o Polsce, trochę o Rosji, a przede wszystkim o tym, czy Bóg istnieje, a jeśli istnieje, to...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Iza z Wawrzkiem i Ignacym przyjechali na obiad, był piękny jesienny dzień – ciepły, niemal gorący, jeden z tych darowanych dni, jakie bywają u nas w Polsce w drugiej połowie października – i choć nie było ani odrobiny wiatru, liście milanowskich dębów, tworząc żółtą, poszarpaną kurtynę, opadały, powoli, powoli, w złoto-czerwonym świetle zachodzącego słońca. Kiedy się ściemniło, Iza z Wawrzkiem zaczęli pakować różne rzeczy do samochodu, a ja zająłem się ubieraniem Ignacego. Jest on już w tym wieku, że świetnie daje sobie radę z kurtką i z butami, ale ubieranie go sprawia mi przyjemność, bo stwarza to jeszcze jedną okazję do rozmowy. Jesienne buty Ignacy ma fenomenalne. Można je zasznurować lub zapiąć na ekspres, a najciekawsze jest w nich to, że mają w każdym obcasie czerwone światełko...
Jarosław Marek Rymkiewicz
„Za ukazaniem się gwiazdy wieczornej, wezwani przez gospodynię domu, sunąwszy parami z salonu do sali jadalnej, u przybranego z litewska stołu zasiedliśmy do wieczerzy” W roku 1850 rodzina Mickiewiczów mieszkała w dwupiętrowym (wedle francuskiej terminologii, a wedle naszej to będzie, że w jednopiętrowym) domku przy ulicy de la Santé na paryskim przedmieściu Batignolles, które polscy emigranci nazywali dzielnicą batiniolską. Mickiewicz zajmował tam dwa pokoiki na piętrze, Celina z dziećmi ulokowała się na parterze. W tymże roku, na jesieni, Mickiewiczów odwiedził przy rue de la Santé Edward Chłopicki, młody Litwin z Wędziagoły, później wsławiony cennymi tekstami krajoznawczymi, zebranymi w wydanej w roku 1863 książce „Notatki z różnoczasowych podróży po kraju”. Ta książka, opisująca...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Zbliża się, niebawem będzie uroczyście obchodzona – z wywieszaniem flag, przypinaniem orderów i nabożeństwami w cerkwiach – 25. rocznica powstania III RP. Uzasadnione jest więc pytanie, w jaki sposób powstał ten twór państwowy. Według mnie, III RP nie powstała ani z woli sowieckich ekspertów, którzy kiedy imperium zaczęło się rozpadać, debatowali w kremlowskich gabinetach nad przyszłością przygranicznych kolonii; ani z woli narodu, który skonfederował się w Solidarności; ani z woli tego w czarnych okularach; ani z woli tych, którzy pili wódkę w Magdalence. PRL, gnijący Golem z powyłamywanymi zębami i zgruchotanym kręgosłupem, rozpadł się na kawałki, ale ponieważ między Bugiem a Odrą, na terenach jednej z przygranicznych kolonii imperium, coś musiało istnieć, te kawałki zaczęły się...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Pan Henryk, pszczelarz, który sprzedaje miód na targu w Milanówku (my najczęściej kupujemy miód gryczany), pojechał z pielgrzymką do Jerozolimy i przywiózł mi stamtąd w darze różaniec. – Panie Jarosławie – powiedział – ten różaniec leżał na grobie Chrystusa. – W sekreterze mam szufladę, w której trzymam różne cenne pamiątki i różaniec od pana Henryka znalazł tam swoje miejsce obok dwóch innych różańców, które leżą w szufladzie od wielu lat. Jeden z nich Ewa kupiła w latach siedemdziesiątych pod Ostrą Bramą w Wilnie, drugi przywiozła mi z Rzymu, też w latach siedemdziesiątych, ale trochę później, ciotka Marychna, młodsza siostra mojego ojca. Paciorki różańca od pana Henryka są drewniane, paciorki spod Ostrej Bramy są czarne, z plastiku, a paciorki różańca od ciotki Marychny są z masy...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Józef Chełmoński mieszkał niedaleko ode mnie, w położonej między Grodziskiem a Radziejowicami posiadłości Kuklówka. Kiedy wychodzę rankiem na taras i patrzę (z przyjemnością) na sosenki i brzózki, za którymi, nisko, chodzi zamglone jesienne słońce, myślę (też z przyjemnością), że nasz wielki malarz, wychodząc rankiem przed dworek w Kuklówce i rozstawiając tam swoje sztalugi, widział mniej więcej to samo, co ja mogę zobaczyć w jesienne dni na skraju mojego ogrodu. Większego malarza polskich pól i łąk (z niejasną mgiełką lasu na horyzoncie), i ptactwa nad łąkami, i polskiego nieba, i polskich obłoków, nie mieliśmy i zapewne (biorąc pod uwagę to nieszczęście – to, co w XX wieku stało się z malarstwem) mieć już nie będziemy. Chełmoński uczy, jak mamy patrzeć na to, co jest wokół nas – moje...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Z internetu można się dowiedzieć (jest to wiadomość powtarzana na wielu portalach), że pani Tuskowa powiedziała w telewizji o swoim mężu, premierze III RP, panu Tusku, że to gnojek. Dodała jeszcze, że gnojek zmarnował jej życie – co już jest mniej ważne. Premier RP jest gnojkiem – powiedziała żona premiera. Jest to pierwszy taki wypadek w ponadtysiącletniej historii Polski. Ani czeska księżniczka Dąbrówka-Dobrawa o swoim mężu królu Mieszku I, ani Esterka o swoim kochanku królu Kazimierzu Wielkim, ani królowa Jadwiga o królu Władysławie Jagielle, ani Bona Sforza o królu Zygmuncie Starym, ani Barbara Radziwiłłówna o królu Zygmuncie Auguście, ani królowa Anna Jagiellonka o swoim mężu, królu Stefanie Batorym, ani królowa Konstancja o królu Zygmuncie III Wazie, ani Marysieńka Sobieska o...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Czytałem gdzieś, że na biurku kanclerz Merkel stoi niewielki portret carycy Katarzyny II. Czy to prawda – nie wiem, ale jeśli tak właśnie jest, to uzasadniony byłby domysł, że niemiecka kanclerz jest zafascynowana rosyjską carycą i chciałaby być do niej podobna. Według mnie, podobieństwo między tymi dwiema Niemkami (przypominam, że Katarzyna była księżniczką ze Szczecina) nie ogranicza się do sfery polityczności. Także bowiem w urodzie Angeli Merkel jest coś takiego, co upodabnia ją do Katarzyny – obie te damy można uznać za potężne nie tylko w sensie politycznym. Oczywiście widać również pewne różnice – rosyjska caryca była bardziej posępna, a także bardziej majestatyczna od kanclerz Merkel, która na wiadomość o zwycięstwie w wyborach do Bundestagu wesoło klaszcze w dłonie i...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Teraz bardzo często – czy to w rozmowie, czy to na ulicy, czy to w telewizorze, a w telewizorze najczęściej – można usłyszeć zwrot „tak naprawdę”, „ale tak naprawdę”. Ktoś chce nas o czymś przekonać i mówi:  – Ale tak naprawdę to jestem zdania, że [...]. – Albo ktoś, jakiś telewizyjny komentator polityczny, przedstawia swoje telewizyjne poglądy i mówi: – Ale tak naprawdę to sądzę, że [...]. – Zwroty tego rodzaju, gdy tylko przenikną do języka potocznego, mają to do siebie, że zmieniają lub nawet całkowicie zniekształcają sens wypowiadanych zdań. Można zatem uznać je za coś w rodzaju rakowatych narośli, które niszczą język. Kiedy jednak przyjrzymy się im trochę bliżej, to okaże się, że pojawienie się niektórych z nich było uzasadnione. O ósmej rano budzi mnie telefon – to jakaś...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Kot Białołap krąży wokół naszego domu od jakichś dwóch lat, próbując dostać się do środka, co niekiedy mu się udaje. Wygląda na dobrze odżywionego, z czego wnioskujemy, że mieszka u któregoś z naszych sąsiadów i jest tam przyzwoicie karmiony, ale wyraźnie ma chęć na zjedzenie czegoś smaczniejszego – czegoś takiego, co jadają nasze koty. Zjadłoby się, Białołapku złodziejaszku, trochę mielonego mięsa, co? Albo kawałeczek piersi kurczaka? Nazywamy go Białołapem, bo jest niemal w całości szarożółty, ale łapy ma odziane w cztery białe skarpetki. Siedzę więc w kuchni, przy śniadaniu lub przy obiedzie, tyłem do drzwi, gdzie stoją, właśnie tuż przy drzwiach, miseczki z kocim jedzeniem. Ewa siedzi bokiem do drzwi i też ich nie widzi. Wchodzi Białołap, bezszelestny, niemal niewidzialny, niemal...
Jarosław Marek Rymkiewicz
Pani Bożenna Kucharczyk z Pułtuska przysłała mi fotokopie kilku dokumentów, mających związek z historią mojej rodziny. Dokumenty te, pochodzące z pierwszych lat XX wieku, pani Kucharczyk odnalazła w pułtuskim archiwum. Na kilku z nich widnieje podpis mojego dziadka, ojca mojej matki, Wacława Baranowskiego. Przybycie dziadka do Pułtuska otoczone jest tajemnicą – nie wiadomo, kiedy tam się osiedlił, nie wiadomo też, dlaczego porzucił okolice Żytomierza (gdzie jego ojciec, a mój pradziadek, Szymon, miał prawdopodobnie majątek). Mógł wybrać jakąś inną miejscowość w zachodnich guberniach Cesarstwa – w tym wypadku nie byłoby mnie na świecie. W narodzinach (jakiegokolwiek życia) nie ma nic koniecznego – można się urodzić, ale można się też nie urodzić; konieczna jest tylko śmierć. W...

Pages