Podróże

Robert Swaczyński
Bali różni się od innych wysp Indonezji – Sumatry, Jawy, Celebes czy Borneo. To wymiar, w którym łatwo stracić rachubę czasu, spotkać sprytne małpy, ukwiecić wzrok i dotknąć punktu między życiem a śmiercią. Sny się spełniają. – Uśmiechnij się, jesteś na Bali! – mówią Balijczycy. W Stanach Zjednoczonych uśmieszek wliczony jest w cenę zakupionego towaru. Tak samo plastikowo uśmiechają się bankowcy i panie w sklepie odzieżowym. Na Bali tubylczy uśmiech jest szczery. O nic nie proszą, nikogo werbalnie nie molestują. Po prostu są mili. A świat, w którym żyją, można nazwać rajem. W kąpieli słonecznej egzotyczne owoce, takie jak mango lub marakuja, nabierają intensywnego smaku, którego nigdy nie poznamy w Polsce. Wielość kwiatów, krzewów, kształty i kolory sprawiają, że obserwator...
Stefan Czerniecki
Lipiec 2001 r. zapisał się w pamięci mieszkańców południowej Polski dość traumatycznie. Padało już od kilku dni. Chmury nadchodziły jedna za drugą. Było jasne, że oto przed nami kolejna wizja walki z bezlitosnym żywiołem. Że trzeba będzie znów zakasać rękawy. Mieszkańcom Targowej było tym bardziej nie do śmiechu. Zaledwie rzut kamieniem od ich ulicy płynie przecież Wieprz. I faktycznie. Gleba podmywana to przez rzekę, to przez ciągłe opady, wreszcie nie wytrzymała. Woda wyrządziła jednak nie tylko szkody. Zapadnięty chodnik odkrył schowany pod nim tajemniczy tunel. Podziemny korytarz prowadził dalej, pod jezdnią, w kierunku budynku Urzędu Miejskiego. To jednak nie koniec niespodzianek. Co starsi mieszkańcy dobrze wiedzą, że ich miasto to kopalnia tajemnic, jeśli idzie o podziemne...
Robert Swaczyński
Wieżowiec przy wieżowcu, brak wolnej przestrzeni do życia – oto mikroskopijne terytorium Hongkongu, kiedyś we władaniu Imperium Brytyjskiego, dziś część Chińskiej Republiki Ludowej. Tutaj Bruce Lee, najsłynniejszy gwiazdor filmów spod znaku karate, stawiał pierwsze kroki. Hongkong dalej nie tworzy klimatu tańca-przytulańca – w wysokiej wilgotności powietrza serce bije w rytmie techno. Finansowe centrum świata, giełda, praca w domach aukcyjnych, wszystko przyspiesza. Bazary tętnią życiem, tubylcy nie mają czasu na nic. Jednak mimo to w dżungli wieżowców, gdzie park jest rarytasem, każdy znajdzie dla siebie chwilę refleksji i zapomnienia. Turysta zakwaterowany w hotelowym wieżowcu nie przestaje być obserwatorem. Okna od podłogi do sufitu stają się ekranem, na którym można oglądać...
Hanna Shen
Na odwiedzających stolicę Phnom Penh czekają radosne twarze tubylców i targujące się przekupki. Ale w powietrzu unosi się też trauma po piekle, które zgotowali mieszkańcom Czerwoni Khmerzy. Phnom Penh to miasto pełne kontrastów. Tu rezydencje oficjeli z rządzącej Kambodżą prawie 30 lat Kambodżańskiej Partii Ludowej czy niemal pałace tajwańskich i chińskich inwestorów często wyrastają w centrum slumsów. Obok luksusowych samochodów są tysiące motorów, rowerów, tuk-tuków, a przy nich żebrzące dzieci, staruszki i kaleki bez kończyn proszący o „one dollar” albo „two dollars”. Niektórzy potrafią to powiedzieć w innych językach, np. po chińsku! Przeciętny mieszkaniec Kambodży musi przeżyć za dolara dziennie. Bogaci wysyłają dzieci do szkół międzynarodowych, gdzie miesięczna opłata może...
Stefan Czerniecki
Kąty Rybackie. Nawet ładna nazwa. Taka zgrabna i o niezwykłej wymowie. W życiu bym się nie spodziewał, że może tak namacalnie oddawać rzeczywistość tej liczącej ledwie siedmiuset mieszkańców osady. Gdy spojrzymy na mapę w nieco mniejszej skali – takiej obejmującej cały Zalew Wiślany – szybko zrozumiemy, co miał na myśli nadający jej nazwę. I raczej nie był to angielski kupiec Wilhelm Ramsey: ten sam, który jeszcze w 1680 r. wbił palik pod pierwszy historyczny dworek tutejszej osady. Kąty Rybackie. Takiej nazwy Anglik by nie wymyślił. To musiał być ktoś „nasz”. W dodatku z wizją oraz z prawdziwym poczuciem humoru. Gdy wrócimy do mapy, zobaczymy wioskę wciśniętą w północno-zachodni narożnik wielkiego Zalewu Wiślanego. Leży w maleńkiej zatoczce, tworzącej jakby oddzielny, najbardziej...
Robert Swaczyński
Na najmniejszym kontynencie świata nigdy nie brakuje słonecznej pogody, rajskich plaż i uśmiechniętych twarzy. Australia to wymarzone miejsce na egzotyczną podróż. Czarny trójkąt rekiniej płetwy pędzi nad powierzchnią oceanu na spotkanie z surferem, plażowicze na brzegu krzyczą w panice. Po chwili woda pieni się i przybiera kolor czerwony. Czerwony jak plamka na odwłoku jadowitego pająka redbacka, bliskiego krewnego czarnej wdowy, który kąsa ofiary z prędkością maszyny do szycia. Taką wizją Australii karmiona jest nasza wyobraźnia. Są to jednak rzadkie – wyolbrzymione przez media – przypadki ataków zwierząt na człowieka. Australia to kraj przede wszystkim przyjazny, a dla Polaka – na pewno egzotyczny i pełen niespodzianek. Aussie, czyli Australijczyk, już na lotnisku wita turystów...
Niebo jest tu bezchmurne przez 320 dni w roku, co w połączeniu z łagodnym klimatem czyni wyspę wymarzonym miejscem na spędzanie wakacji. A jeśli w dodatku kogoś interesują ślady historii, na pewno będzie Cyprem zachwycony. Dzięki tanim liniom lotniczym dziś praktycznie każdy może sobie pozwolić na wakacje nad Morzem Śródziemnym. Cypr stał się modny za sprawą Anglików, którzy sprawowali tutaj rządy na mocy traktatu z Turcją od 1878 r., aż do uzyskania przez wyspę niepodległości w 1960 r. Turecka inwazja w 1974 r. zniszczyła lokalną gospodarkę i zahamowała turystykę, zwłaszcza na obszarze nieuznawanej przez nikogo, oprócz Ankary, Tureckiej Republiki Cypru Północnego. Obecnie jednak ponownie granice otwarto i oprócz kontroli dokumentów nic nie utrudnia ruchu. To logiczne, skoro w obu...
Stefan Czerniecki
Podświadomie czuję, że nasz kraj obfituje w setki takich miejsc. Bywa, że ich odkrycie – często zupełnie przypadkowe – stanie się kluczem całej naszej eskapady. Trzask drzwi i autobus rusza dalej. Jeszcze przez chwilę słyszę głośny warkot jego silnika. Po chwili nawet i on ustaje. Opanowuje mnie dziwne uczucie. Oto zostałem sam na przystanku pośrodku miejscowości, której nazwy – o zgrozo! – nawet nie pamiętam. Nie to miejsce miało być celem mojej wędrówki po Zachodniopomorskiem. Miała tym być raczej Odra. Słynna, wielka, wylewna. Płynąca w tej okolicy już dwoma korytami. Odrę jednak zna chyba każdy. – To wszystko jest takie oklepane. Banalne – mieszkający tu od urodzenia Przemek nie był zachwycony moją wizją zwiedzania jego ziemi, w której główną rolę odgrywała właśnie druga co do...
Wojciech Kamiński
Pożar dworu w Rozłogach w „Ogniem i mieczem”, rada przed domem Maćka w „Panu Tadeuszu” czy agitka partyjna w „Roju” – to wszystko wydarzyło się w Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu. Ale nie tylko dlatego warto je odwiedzić. Sierpecki skansen zauroczył Andrzeja Wajdę, Jerzego Hoffmana, Krzysztofa Zanussiego, Jerzego Machulskiego, a także Krzysztofa Zalewskiego. Tu najlepszy plan do swoich filmów znaleźli również zagraniczni reżyserzy. Nic dziwnego. Muzeum Wsi Mazowieckiej zniewala swym urokiem, i to już od pierwszych kroków. W skansenie w Sierpcu byłem wielokrotnie. Odwiedzałem nieraz także inne tego typu placówki muzealne w kraju i za granicą. Zastanawiałem się często, co takiego jest w tym Muzeum Wsi Mazowieckiej, że mnie do niego ciągnie. Przecież w wielu miejscach stoją zabytkowe...
Stefan Czerniecki
Wieczorem robi się tu naprawdę zimno. I raczej nie powinno to dziwić. W końcu jesteśmy na wysokości prawie 4000 m n.p.m. Gdy przyzwyczajony do nizin Europejczyk ląduje na położonym 5 kilometrów od miasta lotnisku Capitán Nicolás Rojas, ma pełne prawo poczuć się dziwnie. Spacer szybkim krokiem wzdłuż pnącej się w górę w kierunku starówki uliczki Coloradasde Bolivia sprawi, że po kilku susach będzie musiał przystanąć, aby złapać haust powietrza. Tutaj naprawdę ciężko się oddycha. Potosi, południowa Boliwia. Najwyżej położone miasto świata, zamieszkane przez przeszło 130 tys. Indian, w większości potomków dzielnych górników. Tych samych, dzięki którym o boliwijskim miasteczku stało się głośno na całym kontynencie. To przecież stąd na przełomie XIX i XX w. startowały wyładowane po...
Hanna Shen
Wielokulturowość Singapuru widać po świątyniach. Tuż obok siebie znajdują się kościół katolicki, świątynia buddyjska czy hinduistyczna i synagoga. W mieście nie brakuje też polskich akcentów. Wizytę w Sinagupurze najlepiej zacząć od nabrzeży Zatoki Marina. Tam znajduje się pomnik Merliona – pół lwa, pół ryby. To symbol Singapuru, który nazywany jest też Miastem Lwa (słowo Singapur wywodzi się od dwóch sanskryckich wyrazów: „singa” – „lew” i „pura”– „miasto”). Legenda głosi, że gdy Sang’a Nila Utama, pierwszy król Malajów, przybył na teren, który dziś należy do Singapuru, to zobaczył tam „dziwne zwierzę, które poruszało się bardzo szybko. Zwierzę to miało czerwony tułów i czarną głowę. Jego pierś była biała”. Miał to być właśnie Merlion. Dziś legendarny stwór zaklęty w kamień pomnika...
Wojciech Kamiński
Bolały mnie wszystkie kości. Siedziałem skulony w ciasnym fotelu w nocnym autobusie, jadącym ze stolicy Filipin Manili do położonej wysoko w Kordylierach wsi Banaue, słynącej z ryżowych tarasów. Z tego męczącego letargu wyrwało mnie klepnięcie w ramię. – Mister, mister, finisz – piszczał chłopak pełniący rolę konduktora. – Wysiadamy – powiedziałem do żony. Wreszcie rozprostowaliśmy kości. Na niewielkim placu wokół autobusu przepychali się przewodnicy reklamujący swoje usługi, hotelowi naganiacze i kierowcy oferujący podwózkę. Już miałem szukać kogoś, kto dowiezie nas do pensjonatu, w którym zamówiliśmy pokój, kiedy zobaczyłem niewielkiego człowieka w nieokreślonym wieku, trzymającego w rękach kartkę z moim nabazgranym wielkimi literami nazwiskiem. Kiedy podeszliśmy do niego, zapytał...
Stefan Czerniecki
Przeciętnemu turyście kojarzy się z piaszczystymi wydmami i Jeziorem Łebsko. W przedwiośniu to miejsce rodzących się na nowo kwiecistych łąk, cel wędrówek afrykańskich ptaków na letnią migrację i wreszcie wielka przygoda. Od kilku godzin opady się wzmagały. Szarą ścianę deszczu oglądali jednak póki co z bezpiecznej perspektywy szyby autobusu. Przemek czuł się coraz bardziej bezradny i wściekły na samego siebie. Oto bowiem tyle czasu namawiał syna na wspólną męską wyprawę. Pierwotnie miały być Karkonosze, potem biegówki w Izerach. Miało być biało, ze śnieżną przygodą – jak na wytrawnego polarnika przystało. Ale z racji szybszego nadejścia wiosny plany wzięły w łeb. W jego rodzinnej Gdyni też nie było lepiej. Odgłosy kropel stukających o parapet przyprawiały Przemka o mdłości. – Deszcz,...
Stefan Czerniecki
Chłopak w przeciwsłonecznych okularach podchodzi do potężnych, drewnianych bram śluzy. Na wiadukcie przystaje kilku gapiów. Ale on nie myśli o gwiazdorzeniu. Jest robota do zrobienia. Z bezpiecznej perspektywy leśnego duktu wszystko wygląda zupełnie normalnie. Ot, zwykła śluza. Wystarczy jednak podejść nieco bliżej barierki, aby przekonać się, że nie do końca jest tu tak „normalnie. To nie jest zwykła śluza. Mam pewne opory, aby wychylić się zza barierek. Widok pode mną robi wrażenie. Oberwanie betonowej ściany, pionowo w dół, głęboko na siedem metrów. To połowa wysokości niemałego bloku mieszkalnego. Na dole huk wody pieniącej się u stóp śluzowych bram. I maleńkie kajaki, z tej odległości przypominające spuszczone na wodę kolorowe wykałaczki. Jesteśmy nad śluzą Paniewo. Najgłębszą...
Hanna Shen
Od lat Tajwan nazywa się królestwem orchidei, bo zajmuje czołowe miejsce w światowej produkcji tych przepięknych kwiatów. Chociaż orchidea, czyli inaczej storczyk, początkowo rosła dziko, dziś znajdziemy go nie tylko w lasach. Wiele osób trzyma te kwiaty w domu, nie mając pojęcia, że pochodzą z hodowli znajdującej się na Tajwanie. Właśnie dlatego wyspę nazywa się królestwem orchidei. Łączna powierzchnia produkcyjna rosnących tam storczyków to prawie 800 ha. W 2016 r. wartość sprzedaży wyniosła tu ponad 300 mln dolarów. Jeszcze 10 lat temu była to kwota około 20 mln dolarów. Widać więc, że jest to szybko rozwijający się sektor gospodarki. Storczyki z Tajwanu trafiają do 86 krajów. A jeden z sześciu storczyków produkowanych na całym świecie pochodzi Tainanu, miasta w południowo-...
Stefan Czerniecki
Młoda rodzina. I tajemnicza niewielka tykwa. Z umocowaną w niej metalową rurką. Wpierw siorbnął on, potem ona, w końcu... – Chcesz? – wypalił wprost do mnie, gapiącego się na nich od kilku minut gringo. – Pewnie. Nigdy wcześniej nie próbowałem. Było to dawno, dawno temu. Sytuację pamiętam jednak, jakby działa się wczoraj. Ze wszystkimi  szczegółami. Z długą, nieskomplikowaną niepotrzebnymi zakrętami drogą, poprowadzoną po bezkresnej argentyńskiej pampie. Z półgodzinnym przystankiem podczas dwudobowej trasy na kraniec świata. Z przerwą na bezludnej, położonej pośrodku niczego stacji benzynowej, na której prócz głaskania przeraźliwie wychudzonych i prawdopodobnie zapchlonych kundli nie było zupełnie nic do roboty. Siedziałem bezczynnie na drewnianej dykcie, czekając, aż kierowca...