Zapach aborcji to zapach krwi

Kliniki aborcyjne to bardzo smutne, mroczne miejsca, więc moje nawrócenie było jak moment, w którym w końcu stanęłam po stronie słońca po długim czasie przebywania w ciemności – mówi Abby Johnson, była dyrektor „kliniki” aborcyjnej Parenthood Planned w USA, obecnie działaczka pro-life. Rozmawia Sylwia Kołodyńska

Twoja najnowsza książka „Ściany będą wołać” to zapis wspomnień byłych pracowników „klinik aborcyjnych”. Napisałaś w niej, że aborcja ma specyficzny zapach. Co miałaś na myśli?
To wyjątkowy i nieprzyjemny zapach. Woń krwi i substancji chemicznych, których używamy podczas aborcji.

Napisałaś też, że kliniki aborcyjne są nastawione na rezultaty. Chodzi o to, by w jak najkrótszym czasie zamordować jak najwięcej dzieci i jak najsprawniej pozbyć się ciał. Tak działały obozy koncentracyjne w czasie II wojny światowej...
Dokładnie. Jest niestety dużo zbieżności pomiędzy aborcją a holocaustem. Również w sposobie traktowania ciała ludzkiego. Chciałabym ostrzec Polaków przed tym, co aborcja zrobiła w USA. Widzimy odczłowieczenie dzieci, na których dokonuje się aborcji. Mam nadzieję, że książka i film pomogą Polakom dalej trwać w swojej antyaborcyjnej postawie. Bo przecież kiedyś na terenach Polski też był czas, w którym ludzie decydowali o życiu innych ludzi. To był holocaust. Jeśli uważamy, że w porządku jest zabicie dziecka od poczęcia, to równie dobrze moglibyśmy decydować o tym, że kogoś z nas tu zabijemy.

Wybacz, że zadam to pytanie, ale masz świadomość, że obozy, o których mówimy, były niemieckimi, a nie polskimi obozami śmierci? 
Tak. Oczywiście.

Podpisałaś zgody na 22 tys. aborcji. Gdy z tym skończyłaś, zostałaś katoliczką. Pojednanie z Bogiem musiało być dla Ciebie wielkim przeżyciem…
Tak. To była wielka ulga! Dosłownie jakbym pozbyła się wielkiego ciężaru. I po raz pierwszy od bardzo długiego czasu poczułam...
[pozostało do przeczytania 27% tekstu]
Dostęp do artykułów: