Eurosceptycyzm się opłaca

Przymusowa europeizacja

Tymczasem potwierdzają się prognozy eurosceptyków. Okazuje się, że euro naprawdę mogło spotęgować gospodarcze turbulencje na rynkach światowych i wewnątrzeuropejskich. Na jaw wychodzi prawda, o której wielu ekspertów wiedziało od dawna, a mianowicie to, że tylko nieliczne państwa były gotowe na przyjęcie wspólnej waluty. Jest wielce prawdopodobne, że gdyby Grecja nie dołączyła do państw strefy euro, wszyscy dobrze by na tym wyszli.
Europa jest kręgiem kulturowym, jej mieszkańcy mają swoje tradycje, co stanowi niezaprzeczalne dobro całego kontynentu. Jednak różnorodność narodów, która w żadnym przypadku nie stoi w sprzeczności z europejskim duchem (tylko go podtrzymuje) – jest rzeczywistością. Europejczykom nie można gwałtem narzucić wadliwej konstrukcji opartej na zawodnej wspólnej walucie. I nic tu nie pomogą okrągłe hasła polityków. Z taką sytuacją mamy jednak do czynienia w wielu krajach Europy, gdzie euro jest notorycznie wykorzystywane jako sposób na przymusową europeizację narodów.

W 2007 r., w swoich pierwszych deklaracjach rządowych ekipa Donalda Tuska podniosła kwestię wprowadzenia w Polsce euro. Miało to nastąpić najpóźniej w 2011 r. Euroeuforia była ściśle powiązana z pewną logiką, w myśl której przynależność do strefy euro wieńczyło i konkretyzowało polskie dążenia do europejskiej jednolitości. Zwrot w polityce polskiej nastąpił wraz z dojściem do władzy Donalda Tuska. Przed wyborami parlamentarnymi z jednej strony barykady stał nastawiony eurosceptycznie Jarosław Kaczyński, z drugiej zaś liberalno-lewicowy euroentuzjasta Tusk i jego „liberalno-konserwatywna” Platforma. Jarosław Kaczyński stał się dla zachodnioeuropejskich elit chłopcem do bicia. W ocenie zachodniego establishmentu Tusk był wymarzonym kandydatem na stanowisko premiera. Kiedy nim został, dokonał jednak wolty, przekładając przyjęcie wspólnej waluty europejskiej na rok 2016. Casus grecki potwierdził, że wprowadzenie...
[pozostało do przeczytania 30% tekstu]
Dostęp do artykułów: