Wrzenie w Egipcie

Wielotysięczne demonstracje

Sygnałem nadchodzących niepokojów była seria sześciu aktów publicznego samospalenia, do jakich doszło w styczniu w Egipcie. Chcąc zawczasu spacyfikować nastroje, rząd gwałtownie obniżył ceny żywności. Równocześnie zakazał organizowania politycznych wieców. Nie odstraszyło to jednak opozycji, która oprócz tradycyjnych metod działania zaczęła, podobnie jak w Tunezji, mobilizację przez internet, gdzie chęć przyłączenia się do protestów zadeklarowało 90 tys. ludzi. Rewolucyjne nastroje napędzają już nie tylko problemy gospodarcze i bezrobocie, ale przede wszystkim poczucie, że arabskie dyktatury, które dotąd wydawały się nie do ruszenia, można jednak obalić.

Opozycja ogłosiła 25 stycznia „dniem gniewu”. Tego dnia na ulice Kairu i Aleksandrii wyszło po 20 tys. ludzi. Także w mniejszych miastach, m.in. Ismaili, Asuanie i Suezie, miały miejsce kilkutysięczne demonstracje. Chcąc za wszelką cenę nie dopuścić do powtórki wydarzeń z Tunezji, służby bezpieczeństwa od pierwszych godzin przystąpiły do brutalnej pacyfikacji protestów. Tylko w ciągu dwóch dni aresztowano ponad tysiąc osób, a 40 błyskawicznie postawiono zarzuty udziału w zamachu stanu. Władze zaczęły blokować połączenia telefoniczne i dostęp do internetu.

Mimo to w następnych dniach ludzie, już mniej licznie, znów wyszli w wielu miastach na ulice. Protesty przybrały bardziej gwałtowny charakter. W zamieszkach w Suezie podpalono budynek rządowy i komisariat policji. W ciągu trzech dni starć zginęło 7 osób, w tym jeden policjant. Zamieszki stały się najpoważniejszym wyzwaniem dla egipskiej dyktatury od kilku dziesięcioleci. Są znacznie poważniejsze niż w innych krajach Bliskiego Wschodu, gdzie ich liczebność nie przekroczyła dotychczas kilku tysięcy.

Cień islamistów

Niewątpliwie stanowią też poważny problem dla państw Zachodu. Z jednej strony, rządzący krajem od 30 lat prezydent Hosni Mubarak jest...
[pozostało do przeczytania 60% tekstu]
Dostęp do artykułów: