Zrobić z SN TK

Krótko i na temat chciałoby się powiedzieć, jak mawiały nauczycielki w szkole, gdy sprawdzały, czy uczeń przygotował się do lekcji, czy leje wodę. Ze mną bywało różnie, dzieliłem obowiązki szkolne z miłością mojego dzieciństwa – piłką nożną. Polska na taki komfort nie może sobie pozwolić i musi się skupić na bitwie z „kastą”.

Czeka nas jeszcze długa zabawa z ustawami i donosami do Brukseli, ale w finale wygra ten, kto przejmie Sąd Najwyższy. Jestem już za stary na używanie dyplomatycznych zwrotów i inne owijanie w bawełnę, dlatego mówię wprost: wojna o sądy to wojna o wymianę kadr. Wielu się nad tym użala i produkuje frazesy o niezależności, tymczasem nic takiego w świecie nie funkcjonuje. Sądy wszędzie są przedmiotem politycznych bojów i sami sędziowie trzymają sztamę z politykami. Polskie sądy też się nie zmienią, jeśli na szczytach sądowniczej władzy pozostaną ludzie z PRL-owskiego rozdania. Dziecko to wie i zaklinanie rzeczywistości ustawami, a nie daj Boże, okrągłymi stołami, sądownictwa nie oczyści. Prosta recepta: wywalić starych, ilu się tylko da, i wymienić na nowych, precyzyjnie rzecz ujmując na „naszych”, nowych. Dopóki w SN nie zasiądzie prezes wybrany przez prezydenta Andrzeja Dudę, będziemy mieli chaos prawny. Prawdziwy porządek nastąpi dopiero wówczas, gdy skład SN zacznie przypominać skład TK, na co niestety potrzeba trochę czasu. Długa droga przed nami, ale ważne, żeby konsekwentnie dążyć do celu i wymieniać kadry, sztuka po sztuce, cała reszta to ornamenty. Ostatnie nowelizacje to krok we właściwym kierunku, nie ze względu na przepisy dyscyplinujące, ale z uwagi na zapisy pozwalające wymienić prezesa SN. I tego trzeba bronić jak niepodległości, reszta może podlegać politycznej grze.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: