Muzyka łagodzi obyczaje

Dodano: 05/06/2012

MacDonald, reżyser oscarowy, u nas znany najlepiej z „Ostatniego króla Szkocji”, kręcił ten dokument z narastającą fascynacją. Marley, mieszaniec o ostrych rysach, który na zgrafizowanych portretach-ikonach przypomina Che Guevarę, nie był nikim takim. Z wywiadów z przyjaciółmi, współpracownikami, rodziną Marleya, z wcześniejszych dokumentalnych zapisów wygląda do nas nawiedzony muzyk, niefrasobliwy w sferze obyczajowej (wśród jego licznych kochanek byłą m.in. Miss Jamajki), ale szczerze zajęty losem ubogich i politycznym spokojem swojego kraju. Także kreatywny i pracowity tekściarz, często inspirujący się Ewangelią, nawiedzony człowiek kompromisu zdolny skłonić do podania sobie rąk przez dwóch zwaśnionych polityków na wielkim stadionie. Co ciekawe, dzień wcześniej na tym stadionie Marley został postrzelony, a jednak wystąpił na scenie, rzucił wyzwanie śmierci. Jeśli dodać, że Marley był wierzącym rastafarianinem, co polegało m.in. na paleniu marihuany i grze w piłkę, że wielbił
     
33%
pozostało do przeczytania: 67%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze