Umarł oskarżony, niech żyją podejrzani

Minęło kilka tygodni od tragicznej śmierci Pawła Adamowicza i kto jeśli nie oszołom z Biskupina może ponazywać rzeczy po imieniu, a nazbierało się tego trochę. Zamiast kultu „męczennika” mamy kompletny brak zainteresowania zmarłym. Nikt o Adamowiczu nie mówi w kontekście bohaterskiej śmierci na służbie.

W ogóle mało się mówi o całej tragedii w jakimkolwiek kontekście. Wyjątek stanowi „zrozpaczona” wdowa, która zdążyła zaliczyć tournée po mediach i znalazła czas na wycieczkę do Brukseli. Miała się zmienić rzeczywistość, świat i polska polityka, ale jak widać, nie zmieniło się nic. Parafrazując średniowieczne przysłowie: „Umarł król, niech żyje król”, łatwo gdańską tragedię sprowadzić do cynicznego biznesu, co POKO w swoim stylu zrobiła. Nie ten Adamowicz, to będzie następny, tyle pozostało z próby budowania mitu wokół postaci, która się nigdy do takich celów nie nadawała. Umarł oskarżony, niech żyją podejrzani! Zanim kolejny raz usłyszę, że jestem „hejterem”, „obrzydliwą kreaturą” czy innym „zj...m”, chciałbym uprzejmie donieść, cóż tak naprawdę robię i piszę. Nic nadzwyczajnego, po prostu opisuję to, co widać za oknem. Mało tego, ten sam widok ma przed oczami każdy, kto tylko zechce oczy, rozum i serce otworzyć. Ten ostatni organ często uznawany jest za symbol odwagi, nie tylko miłości. I tutaj ukrył się cały problem związany z jakością polskich rozmów. Znacznie łatwiej w Polsce nazwać złodzieja bohaterem niż złodzieja złodziejem i bohatera bohaterem. Nie przesadzałbym z tym, że prawda to u nas towar deficytowy, aż tak źle nie jest, prawdy wolno używać, ale tylko ładnej prawdy i dobrze opakowanej. Prawda brzydka, podana na surowo, zawsze kończy się „mową nienawiści”.
 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: