Pozostać na Syberii jak najdłużej

Stalin „zadbał”, aby ludzie byli tu dosłownie zewsząd. Niektórzy nawet nie wiedzą do końca, skąd pochodzą, bo w czasach sowieckich bezpieczniej było nie dochodzić prawdy o swoich przodkach – mówi ks. Wojciech Ziółek, jezuita pracujący w Tomsku na Syberii. Rozmawia Grzegorz Wszołek

Dlaczego zdecydował się ojciec na posługę duszpasterską na Syberii?
Dlatego że jestem jezuitą, a dla jezuity być posłanym dokądkolwiek to oczywistość. Powinniśmy być gotowi pojechać wszędzie tam, gdzie jest realna potrzeba, by pomagać duszom. W Tomsku była taka potrzeba, bo właśnie zakładaliśmy tam nową jezuicką placówkę, przejmując parafię dotychczas prowadzoną przez księży diecezjalnych i przypisaną do niej, jedną z dwóch w całej Rosji, szkołę katolicką. Potrzebny był ktoś, kto zajmie się parafią, i dlatego w 2013 roku, gdy byłem jeszcze prowincjałem jezuitów, mój rosyjski odpowiednik, czyli prowincjał Rosji, zaprosił mnie do Tomska.

Czym różni się praca księdza w Polsce od tej na syberyjskiej ziemi?
Tomsk to uniwersyteckie miasto wielkości Wrocławia, nazywane Atenami Syberii. Nasza parafia obejmuje cały obwód tomski, czyli terytorium nieco większe od Polski. Mieszka tu około 1,1 miliona osób, z tego 600 tys. w Tomsku, a pozostali w małych miasteczkach i wioskach rozsianych po całym obwodzie. Reszta to tajga. W niektórych miejscach są pojedynczy katolicy, a w innych maleńkie wspólnoty. Na terenie całej naszej parafii jest około 2 tysięcy katolików. Staramy się ich odwiedzać mniej lub bardziej regularnie. W samym Tomsku, gdzie mieszkam z całą wspólnotą jezuitów (trzech Polaków i dwóch Amerykanów), na trzy niedzielne Msze św. przychodzi w sumie 300–350 osób. Na Msze św. w tygodniu około 20 osób. Trzeba zatem schować do kieszeni marzenia o tłumach, ale w czasie sumy o godzinie 11 nasz kościół – zbudowany w 1833 roku przez zesłanych tu powstańców listopadowych – jest zapełniony ludźmi. Cały przekrój wiekowy...
[pozostało do przeczytania 67% tekstu]
Dostęp do artykułów: