Polska to też popkultura

Należę do tych heretyków wśród konserwatystów, którzy nie tylko popkulturą nie gardzą, lecz także nieustannie namawiają do wykorzystania jej potencjału. Co ciekawe, krytycy takiej postawy najczęściej są obrońcami marnej popkultury, czyli disco polo. Człowieka nie odgadniesz, ale na szczęście nie psychologii poświęcam cotygodniowy felieton. Marzenia peerelowskiej opozycji sprowadzają się do jednego obrazu, jaki wielokrotnie próbowali zaklinać.

Milion ludzi na ulicach niesionych jedną myślą i pragnieniem – wykończyć Kaczyńskiego. Nic z tego pragnienia nie wychodzi, w dodatku kolejne próby wymykają się nawet tragifarsie, po prostu brakuje magnesu popkulturowego. Tymczasem w środę, 1 sierpnia 2018 r., „na ulicę” wylało się morze warszawiaków. Jak okiem sięgnąć, wszędzie tłum śpiewający piosenki, które wszyscy znamy. Cóż to jest, jeśli nie popkultura okazująca swoją siłę? Szeroko pojęta prawica ma wieczny problem z atrakcyjnością przekazu, wszystko musi być pełne powagi. W tej formule nie ma kardynalnego błędu i nie wolno powtarzać lewicowych bredni, że „Polacy świętują na smutno”, co prowadzi do „happeningów” w stylu „Orzeł może”. Natomiast jest problem zawarty w kategorii „wszystko”. Otóż nie wszystko musi być podniosłe. Istnieje mnóstwo miejsca dla użycia popkultury, która działa tak spontanicznie, jak to widzieliśmy 1 sierpnia, i to już kolejny rok z rzędu. Proszę się nie śmiać z „Januszów” i „pikników” w czapach z godłem narodowym niezgodnym z urzędowym wzorem i nie wymagać od nich sztywnego garnituru zachowań patriotycznych. Lepiej słuchać chóru „Januszów” śpiewających „Warszawskie dzieci”, niż zrażać ich codzienną kartkówką z patriotyzmu. Popkultura to bardzo szeroka droga do narodowego sukcesu.

 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: