Świadkowie w zasięgu ręki - z Anitą Gargas twórczynią filmu „10.04.10” rozmawia Rafał Kotomski

Może po prostu się bali? To nie jest łatwy teren dla dziennikarza.

To prawda. Nasza ekipa spotykała się z wielką nieufnością. Nie tylko ze strony urzędników czy funkcjonariuszy służb, ale także zwykłych ludzi. Informacje zdobywa się naprawdę trudno. To jednak jeszcze nie zwalnia żadnego dziennikarza z obowiązku prób dotarcia do tych osób. Zdarzało się, że po kilku godzinach rozmowy świadkowie otwierali się i mówili o rzeczach, których wcześniej nikomu nie zdradzili, albo przekazywali nieznane do tej pory zdjęcia.

Film był kręcony w państwie, którym rządzą służby specjalne. To musiało być i trudne, i niebezpieczne. Na ile możliwe do zweryfikowania są relacje ludzi, z którymi udało się porozmawiać?

Jeśli ktoś już zdecydował się z nami rozmawiać, to raczej z poczucia, by nasz materiał był możliwie najbardziej rzetelny. Relacje poszczególnych osób pokrywały się, uzupełniały. Jak się później okazało, część z nich wcześniej składała zeznania w rosyjskiej prokuraturze, mogliśmy więc sprawdzić, na ile udzielone nam wypowiedzi są zbieżne z treścią protokołów zawartych w aktach sprawy.

Mogliście pracować nad filmem w miarę swobodnie?

Dyskretną obserwację odczuwaliśmy od pierwszych chwil, gdy przyjechaliśmy do Rosji i zameldowaliśmy się w hotelu. Nasze paszporty były po wielekroć kopiowane w różnych urzędach. Zauważyliśmy też, że kolejni świadkowie byli uprzedzani o naszym zainteresowaniu nimi. Przychodziliśmy do kogoś, a on już wiedział, kim jesteśmy i zatrzaskiwał drzwi. W miarę pracy nad filmem takie przypadki nasilały się. Nie mam jednak dowodów, by rozstrzygnąć, czy byliśmy podsłuchiwani, czy może wszyscy nasi potencjalni rozmówcy zostali ostrzeżeni przez odpowiednie rosyjskie służby przed możliwością próby kontaktu z naszej strony.

W filmie są też świadectwa unikalne, jak wypowiedzi Jadwigi Kaczyńskiej.

Jestem bardzo...
[pozostało do przeczytania 8% tekstu]
Dostęp do artykułów: