Siła słów

„Do czego?”. „Jak to do czego? Do chodzenia!”. „Buty do chodzenia na półkach »chód sportowy«” – informuje wyniośle sprzedawca.


Ewidentnie trudno było nam się porozumieć, chociaż posługiwaliśmy się tym samym językiem. Przeszkadzały nam słowa i znaczenia, które ze sobą niosły, z pozoru tożsame, w praktyce – kompletnie rozbieżne. Buty to tylko przykład, chociaż opisy sprzętu i akcesoriów turystycznych w sklepie nastawionym raczej na amatorskich odbiorców mogą wywołać zdziwienie u nieprzygotowanych użytkowników. Czy wiesz, Drogi Czytelniku, że można kupić spodnie na „okazjonalne wędrówki po równinach”, które na pierwszy rzut oka nie różnią się od tych „na regularne wędrówki w góry”? Czy wiesz, że buty „na kilkugodzinne wędrówki przyrodnicze po łatwych szlakach” mogą się nie sprawdzić, gdy włożysz je na „jednodniową wędrówkę po technicznym podłożu”?

Och, nie tęsknię, rzecz jasna, do czasów, gdy przed sklepem obuwniczym ustawiała się kolejka, a gdy „rzucili towar”, nawet kobiety bez szemrania brały „buty męskie ogólnego przeznaczenia rozmiar 46” jako mocną pozycję w późniejszym handlu wymiennym. Tęsknię za to za mniejszym wyspecjalizowaniem przedmiotów. Bo nie mam pewności, czy mysz komputerowa dla graczy nadaje się dla użytkownika, który nawet pasjansa na laptopie nie stawia.

Nie mam obaw przed używaniem stolika nocnego w ciągu dnia i nie stawiam słoika z majonezem „dekoracyjnym” na przedwojennym pianinie, bo mi się – sic! – nie komponuje. Cóż, może jestem starej daty, a może wierzę w to, że przeznaczenie przedmiotu zależy od użytkownika, a nie napisu na metce.

Ten tekst napisałem na laptopie (udającym multimedialny komputer stacjonarny), postawionym na stole kuchennym pełniącym rolę biurka. By jednak nie wyjść na totalnego anarchistę, jutro rano zawinę kanapkę w papier śniadaniowy.



Dewaluacja przygody?
Mój kumpel Rufus, podróżnik, naukowiec, erudyta i tłumacz, zżyma się...
[pozostało do przeczytania 32% tekstu]
Dostęp do artykułów: