Polska na podsłuchu

Państwo prawa?

Już z danych ujawnionych w ub.r. przez Fundację Panoptykon można było się dowiedzieć, że służby III RP ponad milion razy sięgały po billingi naszych rozmów telefonicznych i gromadziły wiedzę na temat aktywności Polaków w internecie. Ponieważ dane te dotyczyły tylko działań w ramach kontroli sądowej, trzeba uznać, że co najmniej drugie tyle podsłuchów zostało założonych bez wiedzy sądu.

Trudno o bardziej twardy dowód, że rząd PO–PSL, stosując na ogromną skalę inwigilację własnych obywateli, zmierza wprost do miana państwa policyjnego. Jest to wniosek uprawniony, ponieważ ilość danych gromadzonych przez służby nie ma żadnego związku z poprawą stanu bezpieczeństwa Polaków ani z bezpieczeństwem państwa i – jak się okazuje – służy przede wszystkim zabezpieczeniu interesów obecnej władzy.

Przyczyna tego stanu tkwi m.in. w obowiązujących przepisach, skonstruowanych tak, by zapewniały rządzącym kontynuację praktyk PRL-u. W państwie policyjnym nikt bowiem nie kontrolował zasadności stosowania inwigilacji, a zebrana w sposób tajny wiedza służyła do nadzoru nad społeczeństwem i wymuszania posłuszeństwa wobec władzy oraz była wykorzystywana przeciwko przeciwnikom politycznym.

W państwie prawa środki techniki operacyjnej pozostają pod ścisłą kontrolą, a informacje uzyskane z podsłuchów służą przede wszystkim potrzebom procesowym. Jeżeli nie mają znaczenia dowodowego, są komisyjnie niszczone, a w niektórych krajach osoby podsłuchiwane są powiadamiane o takich sytuacjach.

Obowiązująca w PRL-u zasada rozdzielenia czynności operacyjnych od procesowych umożliwiała gromadzenie teczek na każdego, bez żadnej weryfikacji sądowej. Ten podział zachowano po 1989 r. i do dzisiaj policja bądź ABW może zbierać informacje operacyjne o obywatelach bez planu wykorzystania ich w sądzie, a nawet bez potrzeby wskazywania przyczyn gromadzenia danych.

Za zgodą sądu lub bez
...
[pozostało do przeczytania 78% tekstu]
Dostęp do artykułów: