Odgarnianie śniegu

Kiedy spadnie duży śnieg, mam sporo roboty. Jest jej jeszcze więcej, kiedy, po nocnej zawiei, rano widać przez okno, że nas zasypało. Sprzątanie zaczynam od schodków prowadzących do drzwi domu, potem, przy pomocy wielkiej, zielonej szufli, przekopuję się do furtki.

Za furtką muszę przebić się przez górę śniegu, którą pług, odśnieżający w nocy ulicę, zepchnął pod naszą bramę. Ale to nie koniec mojej pracy, bo mam jeszcze do wykopania ścieżkę, i to niemal przez cały ogród, którą będzie można dojść do dołu z kompostem. Kilka lat temu od ścieżki prowadzącej do kompostu robiłem jeszcze odgałęzienie w kierunku starej jabłonki, która wówczas była żywa, a teraz stoi martwa, obrośnięta warkoczami dzikiego wina. Przekopawszy się do jabłonki, na jednym z jej konarów zawieszałem słoninę dla ptaszków. Rozsypywałem też na deseczkach, które układałem na śniegu, różne gatunki ziarna – proso, pszenicę, rzepak, kukurydzę. Wtedy w naszym ogrodzie, w każdej porze roku, była wielka rozmaitość ptaków. Były poważne i groźne sroki, ruchliwe, wielobarwne sikorki, były szpaki, kosy, sójki, na tle sosnowej kory można było zobaczyć czerwoną czapeczkę dzięcioła. Na parapecie okna, przy którym stoi mój komputer, siedziały wróble, na chodniku przed furtką podskakiwało coś z długim ogonkiem – pewnie siwa pliszka – a między wierzbą a wielkim cisem przelatywał strzyżyk. Najwięcej było gawronów i kawek – zimą przylatywały kawki z północy, syberyjskie, a latem szukające chłodu kawki z południowej Europy. Teraz zimą, wiosną, latem nie ma w ogrodzie żadnych ptaków. Wszystkie gdzieś zniknęły – nie wieszam już słoniny na gałęzi, nie rozsypuję ziarna na deseczkach. Niekiedy w zimie, na najwyższych gałęziach dębów, usiądą dwa lub trzy gawrony, niekiedy przez ogród przeleci zabłąkany gołąb. Jaskółki nie widziałem pewnie od jakichś dziesięciu lat – niegdyś mieszkały w pobliżu i przed wieczorem polowały nad dachem naszego domu. To prawdopodobnie oznacza, że rozpoczęła się...
[pozostało do przeczytania 18% tekstu]
Dostęp do artykułów: