Łańcuch

Łańcuchy przypomniały mi się, kiedy rozmawialiśmy przy stole o ulicznej zbiórce pieniędzy na sprzęt służący do leczenia dzieci. Ewa opowiedziała wtedy historię o dwóch Cygankach, które, kiedy była małą dziewczynką, przyszły do willi na Julianowie. Jedna z Cyganek rozmawiała w drzwiach kuchennych z matką Ewy, druga w tym samym czasie wyniosła przez drzwi frontowe futro, które moja przyszła teściowa dostała właśnie w prezencie od mojego przyszłego teścia.

Ja zaś opowiedziałem o tym, co pamiętam z ciekawej (bo teraz kompletnie zapomnianej) problematyki łańcuchów. W latach mojego dzieciństwa w każdym warszawskim mieszkaniu przy drzwiach wejściowych był łańcuch. Nie pamiętam takich drzwi, przy których nie byłoby łańcucha. Łańcuch służył do zatrzymywania przy drzwiach złodziei, żebraków, oszustów – a że były to lata wojny, to także do zatrzymywania granatowych policjantów i Niemców – żeby ktoś, kto był w mieszkaniu, a nie powinien w nim być, mógł je opuścić, czy to kuchennymi schodami, czy to przeskakując na sąsiednie balkony. Łańcuchy przeznaczone były przede wszystkim dla służby (nierozgarniętych kucharek) oraz dzieci – takich jak ja kilkuletnich chłopców. Kiedy ktoś przekręcał dzwonek (dzwonkami się kręciło), otwierałem drzwi, ale nie zdejmowałem łańcucha, i mówiłem: – To ja pójdę po babcię. – Żebrak lub granatowy policjant pozostawał na podeście schodów (nawet włożywszy rękę w szparę między skrzydłami drzwi nie mógłby odpiąć łańcucha), a ja mogłem szukać babci, jak długo to było konieczne. Łańcuchy były różnego rodzaju – były wykonane ze stali lub z jakiegoś stopu w kolorze brązu, ich ogniwa były cienkie i podłużne lub grube i okrągłe. Styl łańcuchów łączył się ze stylem drzwi – u nas na Koszykowej drzwi były ciężkie, rzeźbione, umieszczone w potężnych futrynach, więc i łańcuchy były ciężkie i ozdobne. Na Żoliborzu w domach WSM-u pewnie były proste, stalowe łańcuchy. To wszystko prowadzi do pytania, co się stało z łańcuchami – czemu już...
[pozostało do przeczytania 19% tekstu]
Dostęp do artykułów: