Na saneczkach

Z wielkiej piątki Skamandrytów – w porządku alfabetycznym: Iwaszkiewicz, Lechoń, Słonimski, Tuwim, Wierzyński – znałem tylko dwóch – Iwaszkiewicza i Słonimskiego. Iwaszkiewicza poznałem pod koniec lat pięćdziesiątych – przyjechał wtedy do Łodzi i czytał wiersze w siedzibie tamtejszego Związku Literatów.

Poszliśmy tam z Ewą, żeby go obejrzeć – chcieliśmy wiedzieć, jak wygląda wielki poeta. Kiedy czytanie się skończyło, Iwaszkiewicz podszedł do nas i powiedział tylko dwa słowa: – Miejcie dzieci. – Byłem wtedy autorem kilkunastu wierszy, których Iwaszkiewicz najprawdopodobniej nie czytał, więc uznałem (i dziś też tak sądzę), że te słowa były skierowane do Ewy – dziewiętnastoletnia Ewa była zjawiskowo piękna. Kiedy szliśmy Piotrkowską, wszyscy się za nami oglądali. Kiedy szedłem sam, nikt się za mną nie oglądał. Później widziałem Iwaszkiewicza jeszcze kilka razy (kiedy przychodziłem do redakcji „Twórczości”, bo chciałem tam coś wydrukować), ale z tych krótkich rozmów nic nie pamiętam. Antoniego poznałem w połowie lat sześćdziesiątych (kiedy przeprowadziliśmy się do Warszawy) i połączyło nas na jakiś czas coś w rodzaju przyjaźni. Coś w rodzaju – bo uważam, że Antoni był wtedy (inaczej niż w latach swojej młodości) człowiekiem, który nie pozwalał, żeby się z nim przyjaźniono. Pozwalał się uwielbiać, adorować, podziwiać, pozwalał, żeby wokół niego krążono – i tylko tyle. Nie ma w tym nic złego – starzy ludzie często się tak sytuują. Nasza przyjaźń wzięła się stąd (i zapewne polegała na tym), że Janka, żona Antoniego, lubiła i chyba więcej niż lubiła Wawrzka, wówczas cztero- i pięcioletniego. To pewnie miało jakiś związek z tym, że Janka i Antoni nie mieli dzieci. Chodziliśmy więc z Wawrzkiem w Aleję Róż, a stamtąd, w zimie, z saneczkami do Parku Ujazdowskiego – Janka i Antoni ciągnęli Wawrzka na saneczkach, szybko, coraz szybciej, z górki na pazurki, a ja z tyłu trochę saneczki trzymałem, trochę popychałem. Te saneczki w Parku Ujazdowskim są...
[pozostało do przeczytania 17% tekstu]
Dostęp do artykułów: