Język – ich zdrajca

Tragedia smoleńska jest bez wątpienia tym wydarzeniem w najnowszej historii Polski, które w sposób szczególnie wyrazisty obnaża nasz stosunek do prawdy, ujawnia najgłębsze cechy osobowości i pozwala identyfikować więzi z polską tradycją i kulturą. Rzeczywiste rozbieżności w ocenie przyczyn tragedii nie wynikają przecież z rzekomych odmienności politycznych, lecz sięgają znacznie głębiej, w pokłady naszego człowieczeństwa, systemu wartości czy poczucia więzi narodowej

Zasadniczym atrybutem umożliwiającym dostrzeżenie tych różnic jest z pewnością język. To w sferze słowa i elementarnych pojęć następuje demaskacja myśli i projekcja ukrytych intencji. Słuchając różnych wypowiedzi, nie zwracamy zwykle uwagi na ich pierwotne źródła lub inspiracje. Dopiero wskazanie tych związków pozwala zrozumieć, skąd pochodzą określenia i wzorce, którymi posługują się dziś wyznawcy wersji moskiewskiej.

Jedno z najgroźniejszych semantycznych fałszerstw, które po 10 kwietnia wytyczyło drogę do tzw. pojednania polsko-rosyjskiego, pojawiło się tuż przed dniem narodowej tragedii. Ze względu na mroczną przeszłość autora tych słów ukazuje ono rzeczywisty fundament, na którym zbudowano gmach tego „pojednania”.  

23 marca 2010 r. były płk SB Tomasz Turowski, informując Katolicką Agencję Informacyjną o przygotowaniach do obchodów 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, powiedział: „Ogrom krwi narodu rosyjskiego, tych, którzy zginęli podczas represji rosyjskiej ze strony Kościoła prawosławnego, miesza się tam z krwią polską. To jest testament dla przyszłych pokoleń polskich i rosyjskich, żeby krew przelana poprzez tych samych katów, poprzez tych, którzy wykonywali wyroki i na swoich współobywatelach, i na Polakach, była zaczynem realnej przyjaźni i realnego pojednania między Polską i Rosją”.

Ta kazuistyczna retoryka, w której krew ofiar zrównano z krwią oprawców, była nie tylko sprzeczna z prawdą historyczną i nie tylko zamazywała...
[pozostało do przeczytania 70% tekstu]
Dostęp do artykułów: