Czy możliwy jest konsensus w sprawach oświaty

Uparte forsowanie szkodliwych zmian programowych, masowy eksperyment na sześciolatkach, likwidacja szkół przez samorządy – i inne zjawiska z tym związane – niepokoją nie tylko zwolenników konserwatywnej opozycji.
 
Dla wszystkich jest też jasne, że żadnych widocznych od dawna słabości szkolnictwa rządy obecnej koalicji nie zlikwidowały, a na pozytywne zmiany, jeśli ktokolwiek w nie jeszcze wierzy, będziemy musieli poczekać do nowego rozdania politycznego lub dłużej. Jeśli w całej tej sytuacji istnieje w ogóle jakiś element budzący nadzieję, to jest nim właśnie – i wyłącznie – dojrzała świadomość opinii publicznej, że z oświatą jest źle, i że jedną z głównych tego przyczyn są nierozsądne reformy ostatniego piętnastolecia.
 
To właśnie w sprawach oświaty poglądy artykułowane ostatnio przez PiS są szczególnie zbieżne z nastrojami opinii publicznej. Opozycja powinna więc w okresie przedwyborczym poszukiwać na tym terenie porozumienia z potencjalnymi partnerami, inspirować dyskusje publiczne i rozsądnie przełamywać międzyśrodowiskowe bariery mentalne wytworzone w ostatnich latach. Pilnując, aby jej budowana od 2007 r. wizja szkoły nie uległa rozmyciu, prawica powinna szukać poglądów wspólnych ze środowiskami nauczycieli, rodziców i pracowników naukowych. W istocie bowiem środowiska te wiele kwestii oceniają podobnie i podobne są ich obawy co do kierunku, w którym zmierza szkolnictwo.
 
Nacisk Banku Światowego
 
Pierwszym zarzutem wobec dawniejszych reform i zmian forsowanych w okresie rządów PO jest powszechna ocena, że wprowadzano je arbitralnie i bez konsultacji. Wszyscy reformatorzy dysponujący władzą zawsze występowali w stosunku do ogółu środowiska nauczycielskiego i naukowego z pozycji oświeconej mniejszości. Wydaje się, że nie ma powodu odpowiadać na te praktyki i ich skutki autorskimi i zaskakującymi dla opinii programami kontrrewolucji, czego próbował już jako minister Roman Giertych. Można za to...
[pozostało do przeczytania 70% tekstu]
Dostęp do artykułów: