Pożegnanie z bronią i sprawiedliwością

Z panem Waldemarem umówiliśmy się w domu, a właściwie w jego prywatnym muzeum na warszawskiej Woli. Kiedy stoimy przed furtką, akurat odśnieża chodnik. – Panowie, nie chciałem, żebyście się poślizgnęli – tłumaczy i zaprasza do środka. Wchodzimy do obszernego salonu, wypełnionego starymi meblami i książkami. Na ścianach trudno znaleźć wolne miejsce. Obrazy o tematyce militarnej, ryciny przedstawiające ułanów, kilka szabel i niemiecki pistolet maszynowy, chyba MP40, ten najbardziej znany z filmów wojennych. – To repliki. Oryginałów byłoby szkoda. Wielu ludzi do mnie przychodzi, czasami całe wycieczki, różnie może być. Prawdziwe eksponaty mam w piwnicy, a właściwie miałem, do czasu, kiedy nie zabrała mi ich policja – denerwuje się.

Najazd bezpieki

Latem 2008 r. Nowakowski, jak zwykle o tej porze roku, był z żoną na wsi pod Opatowem. – Wczesnym rankiem zadzwonił telefon: „Wpadła do nas bezpieka” – zaalarmował mnie syn. A ja, osłupiały, pytam, o co chodzi – wspomina pan Waldemar. Okazało się, że o godz. 6 na jego dom na Woli najechali antyterroryści z nakazem rewizji. Podejrzenie: nielegalne posiadanie broni.
– Syn dał mi do słuchawki dowódcę. A ja mówię: jak macie nakaz, róbcie, co do was należy. Nie spodziewałem się, że zabiorą mi prawie 200 eksponatów – relacjonuje już chłodnym tonem. I zaraz dodaje: – Niech pan czasem nie pisze o „broni”. To nie była broń, lecz eksponaty pozbawione cech użytkowych, to znaczy z usuniętymi iglicami, przewierconymi lufami. Wszystko zgodnie z wymogami prawa.

Przez niemal 60 lat, w ciągu których powstawała kolekcja, byłego powstańca nikt nie niepokoił. Raz miał rewizję milicji. Było to w stanie wojennym. Przyszli, ale szukali działających radiostacji i powielaczy. – Nie znaleźli, popatrzyli na broń i stwierdzili, że ich to nie interesuje, oni mają inne rozkazy, i poszli. Aż mi głupio opowiadać tę historię – przyznaje mężczyzna.

Swoje karabiny i pistolety maszynowe...
[pozostało do przeczytania 73% tekstu]
Dostęp do artykułów: