Biurotwór Tuska

W parze ze wzrostem liczby etatów idzie wzrost płac. Średnia pensja (niekoniecznie będąca jedyną płacą, a raczej przeważnie niebędąca) w ministerstwach wzrosła z 5380 zł w 2008 r. do 6803 zł w 2011, w urzędach wojewódzkich 2943 zł do 3399 zł. Ponad 1500 zł – podczas gdy średnie wynagrodzenie w gospodarce wzrosło w tym samym czasie o blisko 450 zł. Rekordy wydaje się bić Ministerstwo Spraw Zagranicznych, którego fundusz płac od początku rządów PO wzrósł o 143 mln zł.

Wszystko to są dane fragmentaryczne, cząstkowe, wyrwane przez dziennikarzy instytucjom, które bronią się, jak mogą, przed ujawnianiem swoich tajemnic, i mając w głębokiej pogardzie ustawę o dostępie do informacji publicznej, mącą w papierach, by na przeróżne sposoby ukryć fakty. Godzi się tu przypomnieć wcześniejsze ustalenia tej samej gazety, iż we wspomnianych instytucjach na jedną osobę zatrudnioną na etacie przypada średnio jedna osoba zatrudniona na zlecenie czy umowy o dzieło, której wynagrodzenie dorównuje poborom pracowników etatowych, a często je przerasta. Oficjalnie mamy 500 tys. urzędników administracji (w momencie obejmowania przez Tuska władzy 300 tys.), w rzeczywistości za przekładanie papierów płaci PO (naszymi pieniędzmi) milionowi ludzi.

Ten stan rzeczy można zmienić bardzo prosto. Wystarczy obciąć szefom instytucji fundusz wynagrodzeń. Jeśli ministerstwa, urzędy wojewódzkie i inne „święte krowy” dostaną mniej pieniędzy, będą zmuszone gospodarować nimi racjonalnie. Ale tego Tusk nie zrobi (cięcia dotyczą tylko IPN). W ostateczności woli – jak to już robił – publicznie rozłożyć ręce i wyznać, że w tej sprawie nic nie może. Nie dodaje mu to powagi, ale w tym wypadku ważniejszy od piaru jest rachunek: przecież prawie każdy z tego miliona to, licząc z jego bliskimi, kilka wdzięcznych głosów na PO albo PSL.

Co więc zatem robi Tusk dla wielokrotnie obiecywanego „odchudzania biurokracji”? Uwaga, proszę się trzymać, żeby nie pęknąć ze śmiechu: rząd, jak się...
[pozostało do przeczytania 6% tekstu]
Dostęp do artykułów: