Eurosmycz

Historia z nałożeniem na Polskę przez Komisję Europejską 80 mln euro kary pokazała za jednym zamachem kilka rzeczy. Po pierwsze, wiernopoddańczość elit III RP. Premierowi w głowie się nie mieści, że z wyrokiem Europy może dyskutować − natychmiast pokornie przyznał KE rację, po pętacku obciążając winą poprzedników. Lekcja ze stoczniami, kiedy to Niemcy i Francja odwołały się od decyzji komisarza i swoje stocznie obronili, a my przez jego zaniechanie je straciliśmy, niczego faceta nie nauczyła.

Po drugie, minister rolnictwa przyznając, że o karze wiedział od dwóch lat (poprzednik zaraz go przelicytował, że on od czterech) i że w sumie nie ma o czym gadać, bo wisi nad nami groźba zapłacenia jeszcze całego miliarda euro, wskazał na bardzo ważne uwarunkowanie, jakiemu Polska podlega.

Wiadomo powszechnie, że KE nie egzekwuje zbyt surowo rozliczeń udzielonych dotacji. Gdyby tak było, może swego czasu nie doszłoby do kryzysu greckiego. Komisja zaczyna skrupulatnie domagać się wypełnienia ustalonych warunków, kiedy pojawiają się dodatkowe powody, zwykle politycznej natury. Tak było na przykład w wypadku Węgier − Gyurcsany’emu Europa dawała kasę na piękne oczy, jak Tuskowi, a wymagająca się zrobiła, kiedy Węgrzy ośmielili się wybrać Orbana.
Perspektywa miliarda euro − niejednego, bo znacznie więcej niż w rolnictwie zakwestionować można na przykład w rozliczeniach funduszy strukturalnych − jest bardzo skutecznym batem, jaki ma na nas Unia. A raczej te ośrodki i lobbies, które są w stanie decyzje różnych wspólnotowych instytucji uzyskiwać.

Na ten moment (ale nie wiadomo, co będzie) mało prawdopodobne jest, by Unia posunęła się do otwartego szantażu, „jeśli PO przegra wybory, przywalimy Polsce miliardowe kary”, choć całkiem możliwe jest w najbliższych wyborach uwiarygodnianie przez europejskich prominentów takiego propagandowego szantażu PO i jej mediów. Ale proszę sobie wyobrazić, że podczas rozmów o polskiej elektrowni atomowej,...
[pozostało do przeczytania 7% tekstu]
Dostęp do artykułów: