Albo PiS wróci do roku 2015, albo do 2007

Jednym z powodów, jeśli nie jedynym, dla którego PiS w 2007 roku popełnił szereg błędów politycznych, skutkujących utratą władzy na 8 lat, był brak krytycznej oceny ze strony własnego środowiska. Prawica niemal od zawsze zmaga się z syndromem oblężonej twierdzy, co oczywiście ma swoje uzasadnienie, bo ułożona przy Okrągłym Stole „nowa normalność” praktycznie nie dawała szans nikomu, kto się z tego porozumienia wyłamał. 

Drugi istotny czynnik to szereg spektakularnych zdrad, dość wspomnieć o Lechu „Bolku” Wałęsie, Ludwiku Dornie czy groteskowym Kazimierzu Marcinkiewiczu. W związku z tymi i jeszcze paroma innymi okolicznościami jestem w stanie zrozumieć alergiczne reakcje polityków i elektoratu PiS na wszelkie przejawy krytycyzmu. Jednak histeryczne reakcje na krytykę, która jest niezbędna dla higieny życia politycznego, to już coś zupełnie innego i całkowicie niemądrego. Ślepy lub źle życzący PiS-owi będzie udawał, że ostatnie dwa miesiące to nie jest pasmo chaotycznych decyzji i walki wewnątrz obozu Zjednoczonej Prawicy. Zresztą nawet jeśli ktoś jest ślepy, a nie jest głuchy, to słyszał z usta samych polityków PiS, że takie wojenki są prowadzane i mogą się zakończyć rozpadem koalicji. Obrażanie się na rzeczywistość i kurierów przynoszących złe wieści zawsze kończy się tak samo. Pełne zaskoczenie i sto razy powtarzane pytanie: „Ale jak to się stało”? Gdy takie pytanie padnie, jest za późno na uratowanie czegokolwiek, bo to jest kwestia odnosząca się wyłącznie do porażki. Dlatego też znacznie lepszym pytaniem jest: czy PiS chce być PiS-em z 2007 roku, niesłuchającym uwag krytycznych, czy PiS-em z 2015 roku wsłuchanym w głos Polaków? I na to pytanie musi odpowiedzieć samo PiS.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: