Budżet w równowadze

To miało być niemożliwe. Zrównoważony budżet to jedynie trik na kampanię wyborczą – prognozowali antyrządowi ekonomiści. Taka możliwość nie mieściła się im w głowach. Kiedy bowiem to oni odpowiadali za gospodarkę, nasza centralna kasa notowała przeważnie pokaźne deficyty, o żadnym zrównaniu wydatków z dochodami nie było nawet mowy. A rząd Zjednoczonej Prawicy miał zrobić z Polski drugą Grecję, nasz kraj miał tonąć w długach, a inwestorzy zagraniczni omijać go szerokim łukiem. Ileż to przestróg sformułował chociażby Leszek Balcerowicz? Konia z rzędem temu, kto by to zliczył. 

Pozwoliłem sobie zatem zajrzeć do jego „osiągnieć”, gdy zarządzał publicznym groszem jako wicepremier i minister finansów w rządzie Jerzego Buzka. Okazało się, że w tym czasie deficyt budżetowy zwiększył się o kilkaset procent, nie mówiąc już o katastrofalnie wysokim bezrobociu i rachitycznym wzroście gospodarczym. Teraz były szef NBP stanowczo recenzuje działania PiS. Zastanawiam się, jak oceniłby swoje wyniki z końcówki lat 90. W podobne tony jak Balcerowicz uderzają także inni. Kilka miesięcy temu Bogusław Grabowski, były członek Rady Polityki Pieniężnej, nazwał projekt budżetu na 2020 rok „bezczelnym”. To swoją drogą fascynujące, że budżet może być bezczelny. Ciekawe, czy może być też sympatyczny, koleżeński albo introwertyczny? Analiza warta pogłębienia, tak jak reszta wywodów Grabowskiego. 

Ale wróćmy do rzeczy poważnych. Czy zrównoważony budżet to sam w sobie powód do wielkiej radości? To zależy. Posłużę się pewnym przykładem, aby pokazać, jak sprawy się mają. Wyobraźmy sobie taką oto sytuację odnoszącą się do finansów osobistych: ktoś może wziąć pożyczkę i zapisać się na podyplomowe studia z programowania, ale może też z niej zrezygnować i nie mieć żadnych długów. Powiedzmy, że osoba, która stoi przed takim dylematem, jest zatrudniona w biurze jako pracownik administracyjny i zarabia 3 tys. zł brutto miesięcznie. Po ukończeniu dobrego kursu...
[pozostało do przeczytania 40% tekstu]
Dostęp do artykułów: