Żegnajcie, OFE!

Bajkowe krajobrazy, dziewicze plaże, palmy. Jesień życia, o jakiej można tylko pomarzyć, będąca w zasięgu ręki. A to wszystko za sprawą reformy emerytalnej z końcówki lat 90., wprowadzającej Otwarte Fundusze Emerytalne. Taki obraz przekazywały emitowane wówczas reklamy. Doprawdy kusząca perspektywa.

Do tego czasu polski system emerytalny miał charakter całkowicie repartycyjny, który polega na tym, że pracujący wpłacają środki do ZUS w postaci składki emerytalnej. Te składki zaś są niemal natychmiast wypłacane obecnym emerytom. Obecni składkowicze liczą na to, że na ich emeryturę zapracuje następne pokolenie. I tak dalej. Logikę tego rozwiązania zachwiało wprowadzenie tzw. drugiego filaru. W konsekwencji wynoszącą ponad 19 proc. wynagrodzenia składkę emerytalną dzielono na dwie części, z czego około 12 proc. trafiało do ZUS, a ponad 7 do OFE. Te drugie miały inwestować otrzymane środki na rynku finansowym. Pojawił się jednak pewien problem, ubytek ponad 1/3 składki skutkował rosnącą dziurą w systemie emerytalnym, dziurę tę zasypywać musiało państwo. Gdyby tego nie robiło, nie byłoby pieniędzy na świadczenia dla tych, którzy już uzyskali do nich prawo. Mechanizm funkcjonowania otwartych funduszy sprowadzał się w skrócie do oszczędzania pożyczonych pieniędzy. Co jeszcze ciekawsze, fundusze znaczną część środków lokowały w obligacje skarbowe, które to obligacje państwo emitowało po to, aby załatać dziurę, którą spowodowało powołanie OFE. Widzicie Państwo sami, jak dziwny w swojej formule był to system i jakie absurdy generował. Z ekonomicznego punktu widzenia takie postępowanie nie miało najmniejszego sensu, efekt dla emerytów był marny, podobnie zresztą jak dla państwa, które de facto musiało to wszystko sfinansować.

Za rządów PO-PSL rozpoczął się proces stopniowego wygaszania OFE. Najpierw umorzono znajdujące się tam obligacje skarbowe, ratując w ten sposób publiczną kasę przed ruiną, zmniejszono także składkę, jaka trafiała...
[pozostało do przeczytania 42% tekstu]
Dostęp do artykułów: