Gorzej niż kataster

Rzecz w tym, że obecnie podatek od nieruchomości jest za niski. Liczony jest od wartości jedynie w odniesieniu do budowli użytkowych (np. dróg, słupów, zbiorników itp.), natomiast właściciele działek, mieszkań i budynków mieszkalnych płacą od powierzchni. Wysokość podatku określa samorząd miejski, ale górną granicę płatności od metra wyznacza każdego roku władza centralna. W br. jest to 0,67 zł od metra kw., niezależnie – w stolicy, Piotrkowie, Grójcu, Mońkach czy Bieczu. Rady gmin na ogół uchwalają tę najwyższą stawkę. Właściciele mieszkań nie mają powodów do narzekań, ale samorządy (i władze centralne, zwłaszcza resort finansów) wręcz odwrotnie. Samorządy miejskie są obciążone dużym długiem, wynoszącym pod koniec ub.r. ponad 80 mld zł. Dług ten rośnie w tempie wzrostu zadłużenia Grecji, jest najszybciej rosnącą pozycją polskiego długu publicznego. Więc rząd wpadł w popłoch. Tym bardziej że aby odciążyć budżet państwa i sprowadzić w roku 2013 deficyt do poziomu 32 mld zł, trzeba nie tylko obciąć i tak skąpe dotacje dla samorządów, ale i obciążyć budżety samorządowe nowymi wydatkami. Rząd chce wybrnąć z tych problemów – według nieoficjalnych informacji – dzięki zwykłej nowelizacji obecnie obowiązującej ustawy o podatku od nieruchomości. I wprowadzić podatek od wartości nieruchomości tylnymi drzwiami.

Podatek od wartości – pole do nadużyć

W dokumencie Ministerstwa Rozwoju Regionalnego „Projekt założeń krajowej polityki miejskiej do roku 2020” jest mowa o wspieraniu zrównoważonego rozwoju miast, czemu ma służyć „zreformowanie systemu podatku od nieruchomości”. W nawiasie jest szersza propozycja: „np. poprzez wprowadzenie podatku od wartości nieruchomości ad walorem lub podatku zależnego pośrednio od wartości nieruchomości”. W tych pozornie mało ważnych zdaniach kryje się zagrożenie znacznie większe, niż przyniósłby podatek katastralny. Bo ta zmiana, choć zasadnicza, będzie częściowo realizowana bez podstawy prawnej, czyli...
[pozostało do przeczytania 53% tekstu]
Dostęp do artykułów: