W Polsce zawsze wygrywa ofiara

Powyborcze nastroje można podsumować tylko jednym słowem – szampańskie. I słusznie, jest to czas radości i wolno się wyszaleć. A kto był jedynym człowiekiem związanym z obozem PiS, który zwycięskim szampanem się nie upijał? Tak, to Jarosław Kaczyński z surowym żądaniem poprawy wyniku.

Nie trawię moralizatorstwa, co jest cechą immanentną wśród dziennikarzy i polityków, do szału doprowadzają mnie te wszystkie kalki: „pycha kroczy przed upadkiem”, ale… Prezes jak zwykle ma rację i pamiętajmy, że w Polsce rzadko wygrywa agresor, bo sympatia Polaków zawsze jest po stronie ofiary. PiS wygrało wybory z wielu powodów, nie ma tu generalnego czynnika, ale mnóstwo składowych i wśród nich rola ofiary. Przegraną kampanię KE oparła na atakowaniu Kaczyńskiego, potem Morawieckiego, na końcu Kościoła, czy szerzej systemu wartości pogardliwie nazywanego ciemnogrodem. PiS ma teraz komfortową sytuację, praktycznie nic wielkiego nie musi robić, wystarczy utrzymać polityczny kurs. Tyle że w prostocie tego zadania tkwi pułapka. Łatwo po spektakularnym zwycięstwie przegiąć wajchę i niekoniecznie chodzi o pychę, lecz o zwrot ideologiczny. Paradoksalnie PiS znacznie bardziej służą lewackie ataki na wartości konserwatywne niż autorska próba propagandowego krzewienia tych wartości. Recepta na jesienny sukces jest jedna: nadal być ofiarą, dać się wyszaleć wszystkim Jandom i Stuhrom, niech jedzą banany, niech malują tęcze, przeżyliśmy nie takie obłędy. Broń Boże nie zmuszać „nowoczesnych” do modlitwy, szanowania rodziny, życia od poczęcia do śmierci i miłości do Polski, której nienawidzą. Nic by taka edukacja nie dała, a szkody mogą być wielkie. Niech plują pod wiatr, Polacy odpowiednio przy urnach im podziękują.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: