Szaleństwo maksymalizmu

Uznaję się za maniaka, może nawet kogoś z lekkim odchyleniem psychicznym, potrafię godzinami pracować nad czymś, co mnie frapuje, irytuje, pasjonuje. Zdarzało się nie raz i nie dwa wyjść po 24.00 przed chałupę i odkręcać po omacku kawałek zepsutego samochodu. Brałem potem taką część „na warsztat” i do rana przy niej grzebałem.

Efekty napraw bywały różne, ale na końcu zawsze samochód odpalał i jechał dalej. Mając w głowie te wszystkie odchylenia, jestem w stanie zrozumieć maksymalistów, którym spokoju nie daje jakiś defekt, ale w remontowanym samochodzie zawsze coś nie działa lub się psuje. Musi się z tym faktem pogodzić każdy maksymalista, w przeciwnym razie zmieni status na wariata. Szczególnie niebezpieczni są maksymaliści, którzy gotowi się zabić w czasie jazdy nie do końca sprawnym samochodem. Równie szkodliwi są wariaci po przeciwnej stronie maksymalizmu, u nich samochód będzie stał w garażu z powodu jednej rysy na zderzaku. Łatwo przejść z jednego stanu w drugi, czyli od perfekcji do szaleństwa, jeśli się nie bierze pod uwagę okoliczności. Polski nie stać na to, aby beztrosko pędzić 220 km/h szeroką autostradą, nie mamy takiego samochodu i takiej autostrady. Nie stać też nas na to, aby honorowo ścigać Europę na piechotę, gdy do dyspozycji jest na tyle sprawny wóz, aby z zarysowanym zderzakiem dojechać do wyznaczonych celów. A bez metafor? Bez metafor to mam nadzieję, że po tygodniu burz i naporów dotarło do maksymalistów, jak wiele naprawiliśmy w sądownictwie i jakie to daje możliwości. Natomiast rysa na reformie w postaci posady dla prezes Gersdorf i 21 sędziów SN to najniższy koszt tej niebezpiecznej wyprawy, która mogła się skończyć tragicznie, gdybyśmy w odpowiednim momencie nie wyhamowali.  
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: