Reforma to jedno, kadry drugie

Bardzo ostrożnie, żeby nie siać defetyzmu w trudnym okresie wprowadzania ustaw sądowniczych, starałem się zwrócić uwagę na problem dużo poważniejszy niż sama reforma sądownictwa. Znam z autopsji to, co się w sądach dzieje, i wiedziałem doskonale, że to nie takie proste wprowadzić nowe przepisy dla starej kadry.

Byłem pewien, że od napisania nowych paragrafów nie znikną zależności rodzinne, towarzyskie i historyczne. Niestety moje obawy się potwierdzają i w tej grupie zawodowej panuje wyjątkowo ostra selekcja negatywna, która wyznacza kierunek awansu. Liczne protesty sędziów w poszczególnych okręgach, próby anarchizacji Sądu Najwyższego, i to z ewidentnym naruszeniem prawa, to wszystko pokłosie głębokiej patologii w środowisku sędziowskim. Obojętnie jak spojrzymy na poczynania Andrzeja Dudy, który kolejny raz po prostu umył ręce i stara się być przyjacielem wszystkich, sam nie potrafiłbym w Sądzie Najwyższym wskazać zastępcy Małgorzaty Gersdorf. Prawdopodobnie było możliwe wybranie kogoś rozsądniejszego niż sędzia Józef Iwulski z fatalną przeszłością i karierą w LWP, ale to tak naprawdę przelewanie z pustego w próżne. PiS przewidział, jak to się będzie toczyć, bo też nic w tym trudnego nie było, dlatego w ustawie tak szerokie kryteria kompetencji przy naborze sędziów do SN od prokuratorów po radców. Zmiana jakościowa musi nastąpić, zwłaszcza że pojawią się dwie nowe izby. Niemniej w sądach powszechnych wymiana kadr już taka prosta nie będzie. Potrzeba dwóch kadencji PiS, aby sędziowie przekonali się, że stare się skończyło, co zdyscyplinuje towarzystwo i uruchomi naturalną chęć robienia kariery, bez wzglądu na to, kto o tym decyduje. Tak czy siak, kadry są najważniejsze, i to jest problem!
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: