O JACKU KWIECIŃSKIM wspominają

Gdy w końcu 1997 r. wróciłem do Polski, zaproponował mi współpracę. Tak zacząłem pisać do „Gazety Polskiej” na Jego kolumnę „Świat”.

Jacek był wybitnym intelektualistą, ale jednocześnie człowiekiem niezwykle skromnym, uczciwym i bezkompromisowym, minimalistą z konieczności. Dla takich ludzi w Polsce nie ma miejsca. Dlatego żył w biedzie i na marginesie. Nie lubił żadnych fet ani przyjęć.

Jednocześnie był człowiekiem niezwykle wrażliwym i bardzo łatwo można było go zranić. Wszystkie uwagi brał osobiście do siebie, co wynikało ze świadomości, że nie należy do establishmentu, że jest gdzieś na marginesie życia i stosunków towarzyskich.

Jacek widział rzeczywistość, jaką jest, i nie miał żadnych złudzeń ani co do ludzi (po przygodzie z Wałęsą), ani co do przyszłości. „Jurek, jak to widzisz, bo ja jestem pesymistą, widzę to bardzo źle” – to były jego sakramentalne słowa zawsze, gdy się widzieliśmy. „Świat idzie w złym kierunku” – powtarzał i miał na myśli brak perspektyw pozytywnych przemian w Polsce, skoro upadek miał charakter globalny.

PIOTR NAIMSKI

W swojej publicystyce dostrzegał i piętnował wszystkie ułomności wynikające z pragmatyzmu. Uważał, że gorszy jest moralny pragmatyzm niż zadeklarowana wrogość. Był zawsze stuprocentowo szczery i autentyczny w tym, co pisał.

Jacek był moim kuzynem. Znaliśmy się od urodzenia. Gdybym miał go scharakeryzować jednym zdaniem, powiedziałbym, że był człowiekiem, który nigdy nie zaakceptował PRL-u.

Jego ojciec Wincenty Kwieciński był komendantem WiN – aresztowany przez UB przesiedział w więzieniu komunistycznym dziesięć lat. Był jednym z ostatnich wypuszczonych więźniów. Gdy wyszedł z więzienia, Jacek miał kilkananaście lat. Dzieje ojca z pewnością ogromnie zaważyły na jego życiu.

Jacek nigdy nie potrafił przystosować się do otoczenia. Zwłaszcza w czasach Polski Ludowej. Rozpoczął studia na prawie, ale porzucił je, gdyż...
[pozostało do przeczytania 55% tekstu]
Dostęp do artykułów: