Marek Nowakowski

Pomijając już pozbawienie go jakiegokolwiek człowieczeństwa i zaliczenie do gatunku drapieżnych zwierząt, Siemionow przede wszystkim konkludował z ulgą, że nie ma już abreków. Skończył się ich czas. Był to bowiem czas po pacyfikacji wieloletnich powstań Mansura, Szamila i wydawało się rosyjskim historykom, że ogromny upust krwi, wyniszczenie materialne i deportacje na katorgi złamały ostatecznie opór górskich narodów północnego Kaukazu. Abrek stał się szczególnie atrakcyjnym obrazem literackim. Romantyczni poeci rosyjscy XIX wieku w pełnych ekspresji frazach sygnalizowali jego obecność. Ubierali go ze staranną dbałością w piękne szaty – czuwaki z miękkiej, koźlej skóry na stopach, barania papacha lub karakułowa okrągła czapka na głowie, inkrustowali srebrem jego broń. Orlą urodę...
– Won z łapami – powiedziała bez złości. – Jeszcze tu wrócę – zapowiedział. Odszedł w nowym mundurze miarowym krokiem żołnierza, skrzypiał butami. Sprawdził się w lustrze. Nieźle. Szybko zorientował się w całości. Bufet pracowniczy dobrze zaopatrzony. Co kilka dni kupował pęto lepszej kiełbasy i puszkę ryby – sajry. Raz w tygodniu rzucali baleron, czasem boczek. Papierosy zawsze były. Przy pustce w sklepach i zakupach na kartki od mydła po kaszę, cukier i tłuszcz to Kanada. Zwiedzając rozległe piętra Pałacu, napotkał kolegę z wojska. Był kelnerem w pałacowym nocnym lokalu z fontanną. W zaciszu toalety wypili butelkę „Moskiewskiej” pod kabanosy. Kolega zwierzył się, że po różnych urzędowych bankietach wydawanych w restauracji sporo zakąsek i wódki pozostaje dla kelnerów do podziału....
Nigdy nie mówił o wojnie, okupacji. Dowiedziałem się przypadkiem od poety Jerzego Ficowskiego, że w jednym plutonie walczyli w powstaniu warszawskim. Adam został ciężko ranny, odznaczony Krzyżem Walecznych za odwagę. Po powstaniu przebywał w obozie jenieckim, wyzwolili go Anglicy. Chart – tak nazywał go Janusz Szpotański, zwany przez przyjaciół Szpotem, z którym Adam pozostawał w bliskich stosunkach. Szpot był niskim, chudziutkim człowieczkiem o trójkątnej twarzy i bystrych, złośliwych oczkach. Jego głos brzmiał rechotliwie, jakby szyderczo. Typowy inteligencik, okularnik. Erudyta, znawca filozofii i literatury niemieckiej, szachista, koneser muzyki klasycznej. Obaj z Adamem słuchali godzinami nagrań z kolekcji płyt, które kupowali za ostatnie pieniądze. Sesje muzyczne odbywały się na...
– Ten łajdak sprowadził sobie dziwkę – posłyszałem jej przenikliwy głos. – Chodźcie, zobaczcie! – nawoływała rodziców. – Zobaczcie ten rozkład moralny! Zerwali się rodzice. Zerwałem się i ja. Podbiegłem do drzwi i naparłem ciężarem swego ciała. – Ubieraj się! – poganiałem Jadźkę. – I wyskakuj oknem! Do drzwi szturmowali już moi rodzice wraz z ciotką. Jadźka ubrała się szybko i chichocząc przesadziła parapet. W parę dni potem ciotka powiedziała jadowicie słodkim głosem: – Nie powinieneś mieć do mnie żalu. Ja tylko dla twojego dobra. Skręcałem się z bezsilnej złości. Wredna baba. Ciotka Zosia. Przypomniałem sobie, co powiedział Zenon Morda po tej zepsutej nocy z Jadźką. On powiedział tak: – Stara panna. Z zawiści zrobiła ci taki szpas. Sama potrzebuje chłopa. To, co...
Udałem się na spacer po miasteczku. Czerwone dachy domów, tak charakterystyczne dla dawnych ziem niemieckich. Uliczki krótkie kończyły się w polu. Pola czarne, świeżo zaorane. Falisty krajobraz, daleki las. Obszedłem staw. Miałem widok na więzienny gmach. Z wieżyczki przyglądał mi się strażnik. Dotarłem do rzeki Pisy. Postałem chwilę na moście. Obok na brzegu cierpliwy wędkarz. Ruszyłem z powrotem do rynku. Grupka ludzi przy przystanku autobusowym. Pod sklepem spożywczym kolejka kobiet. Wzmożony ruch mężczyzn przy stoisku z alkoholem. Przeważnie nabywali po kilka butelek najtańszej wódki pod nazwą „Bałtyk”. Rynek objeżdżał traktor z przyczepą wyładowaną drzewem. Mężczyzna w mundurze straży więziennej zajechał rowerem pod sklep. Pozdrowił traktorzystę. Ten w odpowiedzi zamachał mu ręką...
– Jego zło... – mówił adwokat – posiada format! – Napomknął, iż w związku z nim sięgnął znów do Dostojewskiego. Zdjął okulary, przecierać zaczął chusteczką. Oczy czerwone, królicze. Nieprzyjemna odsłona. Od pewnego czasu z głębi sali, poprzez tańczące pary i zmienną grę świateł, dawał mi serdeczne znaki kolega z gimnazjum. Nie widziałem go wiele lat. Zastosowałem płodozmian i opuściłem mecenasa. Chyba obaj byliśmy zadowoleni. Mecenas B. zmęczył się rozmową. Taki był czujny, napięty. Wyraźnie obawiał się moich nałogowych skłonności do opisywania. Zasiedliśmy z gimnazjalnym kolegą na wysokich stołkach przy barze. Lekarz, z paszportem amerykańskim, pierwsza wizyta w kraju od piętnastu lat. Przezywaliśmy go Ypsylon. Nie mam pojęcia dlaczego. Dopytywał się o losy rówieśników....
Tylko u Gościuków inaczej, taki niby marny interesik, ciasna klitka, uboga wystawa, przeważnie zielonkawe pomidory, słoik z ogórkami i chudy, źle oskubany kogut – i wbrew tym pozorom wszystko szło jak złoto. Ruch, gęstwa klientów, Gościukowie zawsze grzeczni, doważali ździebko więcej, nigdy mniej, w białych fartuchach jak lekarze. I nic dziwnego, że zazdrościli im ludzie. Bo dla porównania, choćby drugi sklepik na tej ulicy. Tam wszystko szło jak krew z nosa, właściciel wiecznie podpity i senny, a jak go coś chwyciło, to potrafił za darmo towar klientom rozdawać; co ładniejszej kobicie mówił: łaskawa pani, w prezenciku ode mnie, albo: bieri, znajta moje serce. On tak z ruska gadał, ze Lwowa pochodził, i jeśli w ogóle jako tako ten interes szedł, to tylko dzięki siostrom Brodacza....
Często wyglądało to mniej więcej tak. Zasłuchany szef w wyszmelcowanym kombinezonie, z uniesionymi na czoło okularami i palnikiem acetylenowym w rękach, a z ciemnego kąta szopy dochodził przyjemny głos hrabiego: „Książęta Thurn und Taxis spokrewnieni są z Radziwiłłami przez...”. I tak dalej. W dodatku lekko grasejował. Tego dnia hrabia otrzymał tygodniówkę od swego pracodawcy i ruszyliśmy w obchód po knajpach. W barze „Metro” przywitał się serdecznie z brodatym śmieciarzem o wyglądzie patriarchy. Niegdyś gościł tego bezdomnego włóczęgę w swoim mieszkaniu. Gdzie indziej wdał się w dyskusję z człowiekiem w okularach. Był to wybitny muzykolog ze skłonnością do alkoholu. Obaj ze znawstwem rozprawiali o wirtuozerii pianistycznej Józefa Hofmana. Dzwoniło szkło. Hrabia miał szeroki gest i...
– Musimy się zabrać do wymiatania śmieci – mówił głośno młody człowiek, który pracował w tym samym dziale. Ten młody człowiek z sumiastym wąsem cieszył się wśród ludzi autorytetem i zaufaniem. Rozrabiacz. Tak mówił o nim przewodniczący rady zakładowej. Dyrektor systematycznie pozbawiał go nagród i trzymał na niskiej pozycji w tabeli płac. Chcą złamać – śmiał się młody człowiek i pokazywał spod wąsów białe, lśniące zęby. Trzeba innych, czystych ludzi – wszyscy powtarzali zgodnie i patrzyli na niego z sympatią. Już nie przerywali tych gorących rozmów, kiedy do pokoju zaglądali ci z kierownictwa. Więc zebranie było bardzo burzliwe. Stół pokryty został zieloną materią. Świetlica miała wygląd surowy, żadnych haseł, portretów, tylko godło. W odróżnieniu od tych sloganów, transparentów...
– Ja! Od swoich! – zaperzał się. – Co też obywatelka sobie myśli! Od niego nasłuchałem się o majorze Cierniu. Major Cierń, bo taki miał pseudonim z lasu, był postacią legendarną i niezwykłą. Prezentował się okazale: wysoki, szczupły, w dopasowanym mundurze, rogatywka zsunięta lekko na bakier, twarz miał bladą, jakby senną i wypielęgnowane dłonie. Słuchając dziarskim głosem wykrzykiwanych raportów podkomendnych, nigdy nie patrzył na nich, tylko na swoje dłonie właśnie, i nieraz z górnej kieszeni kurtki wyciągał pilnik i manipulował przy paznokciach. Sekretarka Basia i telefonistka, której imienia nie pamiętam, boczyły się na siebie i kiedy jedna rozmawiała z majorem Cierniem, druga spoglądała ponuro i wrogo. Wieczorami dochodził z góry kobiecy śpiew, muzyka z patefonu i męski,...
A syn rósł zdrowo i bez kłopotów. Był to chłopak, który inteligencją i urodą sprawiał rodzicom wiele satysfakcji. Ojciec, z natury szorstki i małomówny, nie okazywał swej radości z jedynaka zbyt jawnie. Chłopiec natomiast zachwycał się nim. Pasjonować go zaczęła jego wojenna biografia, służba w spadochroniarskich oddziałach, blizna na ramieniu i odznaczenia; to kojarzyło mu się z ideałem mocnego człowieka, jak z ulubionych amerykańskich westernów. Podziw wzmacniała sprawność fizyczna ojca, jego szerokie bary, twarde mięśnie i wklęsły brzuch; ta niebywała sprawność i refleks mimo pozornej ociężałości. Ciągle przenikał go dreszcz wzruszenia, gdy przypominał sobie ten wieczór, kiedy wracali z ojcem z peryferyjnego kina i usłyszeli rozpaczliwy krzyk w bramie. Ojciec rzucił się bez wahania w...
Wieczorem jego ślepy pan przenosił się pod luksusowy hotel dla cudzoziemców. Zgarniał pieniądze do kieszeni i gwizdał. Pies zrywał się natychmiast i ślepiec chwytał go za rzemienny pas przytwierdzony do grzbietu. Pies ruszał przodem, a jego pan za nim. Znał szlaki wędrówek żebraka i pewnie torował sobie drogę wśród tłumu przechodniów śpieszących w stronę dworca. Zatrzymywał się przed światłami i ostrożnie wiódł swego pana przez przejścia pozbawione świateł. A kiedy zdarzało się, że znaleźli się na jezdni osaczeni przez sunące w dwie strony auta, pies zatrzymywał się jak wryty. Raz nawet uratował swemu panu życie. Zza zakrętu wyjechała z nadmierną szybkością wywrotka załadowana żwirem. Byli akurat naprzeciw niej i pies silnym szarpnięciem rzemiennego uchwytu pociągnął człowieka za sobą....
Nie wszystkim niewolnikom hordy los tak zaszczytny został przeznaczony. Większość do posług najniższych przypisana została. Katorżnicze bytowanie zamieniło ich w bydlęta/ których jedynym pragnieniem był pełny brzuch i sen w cieple do syta. Bywali wśród brańców i tacy, co wolą ucieczki żyli przez lat dziesiątki. W okienkach twierdz i kazamatów wystawali, przeklinając wraży widok. Marzyli o ojczyźnie dalekiej. Niektórzy piłowali grube kraty. Przychwyceni na próbie ucieczki, wtrąceni zostawali do ciemnic i tam, przykuci łańcuchami, ślepnąc, swego męczeńskiego życia dożywali. Mało komu z ziem hordy zbiec się udawało. Śmiałkowie tacy niezwykłymi przymiotami ducha i ciała musieli być obdarzeni. Dla sprawiedliwości należy powiedzieć że swoim horda nie o wiele lepszy los zgotowała. Zawsze był...
I tak chodzimy we trójkę po ulicy, dzień, nie powiem, ładny, ale w środku człowieka trzęsie, więc siedliśmy sobie na schodkach przed sodowiarnią, może się jakiś znajomy trafi. I nagle zza rogu strzały słychać, krzyki, myślę, Niemcy łapankę robią, patrzymy, a tu od Tamki wali cała gromada, ze trzydziestu chłopaczków z biało-czerwonymi opaskami, niektórzy w hełmach, furażerkach, idą roześmiani, taki ich komandir z wisem przy boku, też młodziak, oni byle jak uzbrojeni, parę karabinów, a tak to przeważnie po granacie mieli. Baby wybiegły z domów, dzieciarnia, rany boskie, wojsko polskie, płaczą, żegnają się, a Bolek powiada, polskie to polskie, ale z tego tylko grubsza nieprzyjemność może być, i mówi: idę gdzieś spokojnie to przeczekać. On po wódce zawsze taki strachliwy. Jeszcze kilkunastu z...
I tak zacząłem się tułać, u kumplów spałem, trochę w budach na Kercelaku, na dworcu też. W tym czasie w naszej dzielnicy Tasiemka grasował taki znany kozak. Bramy za mordę trzymał, złodzieje, handlarze, rzemieślnicy płacili mu normalny podatek. I policja też dobrze żyła z Tasiemką, z niego w ogóle panisko, tylko w knajpie siedział, lepszą gorzałkę ciągnął, ubrany jak lord, w knajpie oddzielną salę zajmował. Żyd do niego, wielce wielmożny panie Tasiemka, i coraz jego żuliki z meldunkiem i forsą przychodzili, a to od psich handlarzy z Wołówki, a to od rzeźników, a Tasiemka tylko liczył. On miał w urzędach wielkie fory, podobno legionista, i Dziadek do niego słabość miał, a mój starszy brat Janek urządził się przy Tasiemce, pięknie sobie żył, tylko matka płakała, że kiedyś go zarżną... Ale...
Gęsta jucha, coś w tym było, bo przecież tak gładko udawała mu się kanada, nigdy nawet nie drasnęła go kulka bahnschutza. A zachowywał się tak wyzywająco. To właśnie on postraszył w uliczce pod cegielnią aspiranta policji granatowej, psa na kiciarzy. Postraszył spluwą, skarcił za gorliwość, aspirant klęczał i błagał o życie; Najstarszy przegnał go kopniakiem. Długo o tym rozprawiano, co strachliwsi policjanci kłaniali mu się z uniżeniem. Skończyła się wojna. Przy szczęśliwickiej wagonowni powieszono konfidenta, na parowozach powiewały biało-czerwone chorągiewki, kaliskimi innymi torami nadal przejeżdżały transporty, teraz radzieckie i polskie z okupowanych Niemiec. Najstarszy nie wycofał się z kolejowej roboty, idą transporty, mówił, trzeba je pruć. Ryzyko teraz dużo większe, milicja i...
Wkrótce oddział Mizerykordii powiększył się znacznie, stał się kompanią, a on dowódcą tej kompanii. Sprawny, wypróbowany w podziemnej wojnie oddział z dowódcą brawurowym, junackim i równocześnie rozważnym, przebiegłym, nietrwoniącym krwi i odwagi niepotrzebnie. Brał udział Mizerykordia w wielu wspólnych akcjach z partyzantami innych orientacji politycznych. W tych lesistych stronach, sprzyjających guerrilli, działało kilka konspiracyjnych grup, nękających zaciekle okupanta. Orientacje i poglądy w wojennym życiu Mizerykordii nie liczyły się wcale. Wiedział tylko jedno: należy walczyć z wrogiem – i to było jego wyłącznym celem. Radziecki partyzant, również słynny w tamtych stronach wojak, brodaty major, podarował Mizerykordii nagan z ozdobnie inkrustowanym napisem: „Druhowi...
– Dziś nie ma ruchu... – orzekł właściciel interesu. – Dzień bez-imieninowy, niech pan, panie Benku, od razu podskoczy do niego... Ten siwiutki i schludny staruszek lubił swego pomocnika. Miał przecież z niego pociechę. Z Benka fachman był nie byle jaki. Jak to sam mówił: „Jeśli chodzi o bukiety, to tylko ja i jedna z Mokotowskiej, a tak nie ma od nas lepszych w te klocki”. Szczera to prawda. Złote do kwiaciarstwa ręce. A spokój miał Benek ze sobą już od roku. Nic go nie prześladowało i żadnych złych wspomnień. Teraz obejrzał się w lusterku, przygładził czarne, sterczące jak szczotka włosy i poszedł pod wskazany adres. – Fartu życzę! – rzucił za nim szef. – Co ma nie być... – odparł Benek. Po drodze kupił jeszcze lepsze papierosy, „Carmeny”. Niech...