Opowiadanie Jubileuszowa

Udałem się na spacer po miasteczku. Czerwone dachy domów, tak charakterystyczne dla dawnych ziem niemieckich. Uliczki krótkie kończyły się w polu. Pola czarne, świeżo zaorane. Falisty krajobraz, daleki las. Obszedłem staw. Miałem widok na więzienny gmach. Z wieżyczki przyglądał mi się strażnik. Dotarłem do rzeki Pisy. Postałem chwilę na moście. Obok na brzegu cierpliwy wędkarz. Ruszyłem z powrotem do rynku. Grupka ludzi przy przystanku autobusowym. Pod sklepem spożywczym kolejka kobiet. Wzmożony ruch mężczyzn przy stoisku z alkoholem. Przeważnie nabywali po kilka butelek najtańszej wódki pod nazwą „Bałtyk”. Rynek objeżdżał traktor z przyczepą wyładowaną drzewem. Mężczyzna w mundurze straży więziennej zajechał rowerem pod sklep. Pozdrowił traktorzystę. Ten w odpowiedzi zamachał mu ręką.

Było szaro i chłodno.

Poczułem nostalgiczną chandrę typową dla małych, zapomnianych miasteczek. Pomyślałem o tygodniach, miesiącach i latach, które spędzają ludzie odbywający karę w tutejszym więzieniu. Tu przebywał aż do śmierci Erich Koch, hitlerowski gauleiter. Podobno z okna swojej celi widział kawałek pola i zawsze z uwagą obserwował wiosenną orkę. Czy Joli klient z okna swojej celi widzi staw pokryty zieloną rzęsą?

Zaszedłem do miejscowej restauracji pod nazwą „Jubileuszowa'”. Siadłem przy długim stole w sali z wyszynkiem alkoholu.

Naprzeciw miałem dwóch mężczyzn. Akurat opróżniali swoje szkło. Na oko obaj po pięćdziesiątce. Jeden siwy, gładko zaczesany, o ptasiej twarzy i ptasich oczach bez wyrazu. Drugi zarośnięty, śniady, w roboczym, niebieskim drelichu pod fufajką. Słyszałem strzępy ich rozmowy. Toczyła się niespiesznie, z długimi przerwami. O jakimś pogrzebie i stypie, podczas której pogodzili się zwaśnieni szwagrowie. O wczorajszym dniu, który był tęgim pijaństwem.

W restauracji stawało się coraz tłoczniej. Ludzie przybywali pojedynczo i grupami. Niezwykle efektownie prezentowali się inwalidzi, którzy wtoczyli...
[pozostało do przeczytania 53% tekstu]
Dostęp do artykułów: