Język

A syn rósł zdrowo i bez kłopotów. Był to chłopak, który inteligencją i urodą sprawiał rodzicom wiele satysfakcji. Ojciec, z natury szorstki i małomówny, nie okazywał swej radości z jedynaka zbyt jawnie. Chłopiec natomiast zachwycał się nim. Pasjonować go zaczęła jego wojenna biografia, służba w spadochroniarskich oddziałach, blizna na ramieniu i odznaczenia; to kojarzyło mu się z ideałem mocnego człowieka, jak z ulubionych amerykańskich westernów. Podziw wzmacniała sprawność fizyczna ojca, jego szerokie bary, twarde mięśnie i wklęsły brzuch; ta niebywała sprawność i refleks mimo pozornej ociężałości. Ciągle przenikał go dreszcz wzruszenia, gdy przypominał sobie ten wieczór, kiedy wracali z ojcem z peryferyjnego kina i usłyszeli rozpaczliwy krzyk w bramie. Ojciec rzucił się bez wahania w ciemność i szamotaninę przetykaną ruchliwymi ognikami papierosów. I za chwilę ta scena jak z westernu właśnie. Ojciec bez wysiłku, niewidzialnymi prawie, a jakże skutecznymi ciosami rozpędził trzech młodych rabusiów, którzy wciągnąwszy do bramy kobietę, usiłowali ją okraść. Jednego z nich nawet schwytał, trzymał za kołnierz tego rosłego przecież draba i wymierzając mu siarczyste policzki i kopniaki, powtarzał: – Już ja ciebie oduczę!

Toteż największą przyjemnością stały się dla chłopca lekcje dżudo, kiedy ojciec, przejęty i pełen młodzieńczej energii, wprowadzał go w arkana sztuki rozprawiania się z napastnikami. Patrzył wtedy na ojca z uwielbieniem i wyobrażał sobie jego życie pełne bezkompromisowej walki i nieustępliwości wobec przemocy i zła.

Tak to trwało długi czas i ojciec przyzwyczaił się już do ślepego zachwytu, jakim darzył go syn.

Ale chłopiec, dojrzewając szybko i chłonnie, pełen wrażliwości i przenikliwego widzenia, zaczął odkrywać życie ojca we właściwym wymiarze. Było to dla niego odkrycie wstrząsające, ale nie cofnął się już. Zaczęło się to od gwałtownego i migawkowego błysku, który pewnego wieczoru pokazał ojca nagle w innym...
[pozostało do przeczytania 77% tekstu]
Dostęp do artykułów: