Major Cierń

– Ja! Od swoich! – zaperzał się. – Co też obywatelka sobie myśli!

Od niego nasłuchałem się o majorze Cierniu. Major Cierń, bo taki miał pseudonim z lasu, był postacią legendarną i niezwykłą. Prezentował się okazale: wysoki, szczupły, w dopasowanym mundurze, rogatywka zsunięta lekko na bakier, twarz miał bladą, jakby senną i wypielęgnowane dłonie.

Słuchając dziarskim głosem wykrzykiwanych raportów podkomendnych, nigdy nie patrzył na nich, tylko na swoje dłonie właśnie, i nieraz z górnej kieszeni kurtki wyciągał pilnik i manipulował przy paznokciach.

Sekretarka Basia i telefonistka, której imienia nie pamiętam, boczyły się na siebie i kiedy jedna rozmawiała z majorem Cierniem, druga spoglądała ponuro i wrogo.

Wieczorami dochodził z góry kobiecy śpiew, muzyka z patefonu i męski, donośny śmiech. Niekiedy też drobny stukot kobiecych obcasów po schodach, i przed dom wybiegała jedna z tych dwóch ładnych kobiet. Zawsze zapłakana. Tak na zmianę. Sekretarka Basia lub telefonistka, której imienia nie pamiętam.

Wtedy to ordynans Józef wzdychał smętnie.

– Kotłują się – mruczał. Skręcał tytoń w gazecie i dodawał: – Do babów to on zawsze miał szczęście. – Rozglądał się i ściszał głos: – Lgnęły do niego jak muchy do lepu. Ta Baśka... – jeszcze ciszej, szeptem już: – znaczy sekretarka, to zgręza taka, dopiero dopiec potrafi... Tamta druga przylepka wprost, złoty charakter... Przez tę Baśkę... – twarz mu się kurczyła – krwi przelalim... dom pana doktora z dymem puścilim...

Wynikało z tej opowieści, że o serce Baśki zabiegało dwóch dowódców partyzanckich oddziałów. Cierń, wtedy jeszcze porucznik, i kapitan Żbik. Płocha była ta Baśka i raz temu, a raz tamtemu znów skłonniejsza. A córką była doktora z powiatowego miasteczka i ojciec chciał widzieć zięcia w kapitanie Żbiku. Żbik studia przed wojną zaczął, jak mówił ordynans Józef, tą mową lekarską, czyli łaciną, jak sam doktor szprechał. Znienawidzili...
[pozostało do przeczytania 79% tekstu]
Dostęp do artykułów: