Sarkoma

Dodano: 17/05/2011 - Nr 20 z 18 maja 2011

Tylko u Gościuków inaczej, taki niby marny interesik, ciasna klitka, uboga wystawa, przeważnie zielonkawe pomidory, słoik z ogórkami i chudy, źle oskubany kogut – i wbrew tym pozorom wszystko szło jak złoto. Ruch, gęstwa klientów, Gościukowie zawsze grzeczni, doważali ździebko więcej, nigdy mniej, w białych fartuchach jak lekarze. I nic dziwnego, że zazdrościli im ludzie. Bo dla porównania, choćby drugi sklepik na tej ulicy. Tam wszystko szło jak krew z nosa, właściciel wiecznie podpity i senny, a jak go coś chwyciło, to potrafił za darmo towar klientom rozdawać; co ładniejszej kobicie mówił: łaskawa pani, w prezenciku ode mnie, albo: bieri, znajta moje serce. On tak z ruska gadał, ze Lwowa pochodził, i jeśli w ogóle jako tako ten interes szedł, to tylko dzięki siostrom Brodacza. Brodaczem tego sklepikarza nazywano, te dwie wysuszone bliźniaczki starały się nie dopuszczać go do kasy i wagi, ale przecież nie zawsze mogły sobie z nim dać radę... Toteż Mietek Gościuk zawsze uśmiechał się
     
6%
pozostało do przeczytania: 94%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze