Widziane z Brukseli

W Moskwie pili więc z radości do rana, ale przecież nie była to jedyna stolica w Europie (przepraszam w Eurazji), gdzie zwycięstwo Platformy Obywatelskiej wzbudziło wielkie ukontentowanie. Jeszcze do rana establishment zacierał tłuste łapska, popijając koniak (nawet nie wódkę „palikotówkę”). Bo przecież ta nowa–stara ekipa to dla nich partnerzy najwygodniejsi z wygodnych. Chłopy z PO i PSL to w polityce zagranicznej chłopaki w krótkich majteczkach. Ograć ich może każdy, kto chce i jak chce. Dla naszych bliższych i dalszych powinni rządzić w kraju dumnych sarmatów po wsze czasy. I jeden dzień dłużej.

Byli też oczywiście tacy, którzy w Rosji nie widzą kumpla, tylko realnego konkurenta. Ci, co w niedzielny wieczór nieco posmutnieli, choćby nawet słowem się na ten temat nie zająknęli. Byli tacy w Wielkiej Brytanii. Ale najbardziej zmartwili się nasi najbliżsi sąsiedzi, którzy za komuny na własnym grzbiecie ćwiczyli politykę miłości ze strony sowieckiej Rosji. Idę o zakład, że w Tallinie, Rydze, Wilnie, Pradze czy Budapeszcie korki od szampana nie strzelały. Za to siarczyste przekleństwa na pewno. To już tak jest, że Polska, nie będąc wcale pępkiem świata (ani też wyrostkiem robaczkowym, na szczęście), budzi zainteresowanie w świecie i Europie. Ważniejsze jest, rzecz jasna, kto rządzi w USA, Niemczech czy Francji (bo w Chinach i Rosji rządzą cały czas ci sami), ale jednakże jest, u licha, rzeczą istotną, kto pociąga za polityczne sznurki w szóstym co do wielkości kraju Unii Europejskiej.

Odpowiedź na to pytanie, która przyszła w ostatnią niedzielę („ta ostatnia niedziela” … albo też „bój to będzie ostatni”) jest sygnałem miłym dla rosyjskiego – i nie tylko ucha. Dla nas zaś – co tu gadać…
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: