Ryszard Czarnecki

Zdaje się, że po koalicyjnych burzach wychodzi słońce jedności. Emocje opadają. Czyżby? Jestem w polityce ogólnopolskiej od bez mała lat trzydziestu i wiem, że często to, co jest odbierane jako emocjonalne wystąpienie, jest spektaklem starannie wyreżyserowanym. Po co? Żeby na przykład zwiększyć presję, wywrzeć nacisk, stworzyć atmosferę, w której oponenci – albo koalicjanci! – będą musieli grać według naszej partytury, z naszych nut i naszą śpiewkę. To skądinąd duża umiejętność w polityce. Mam wrażenie, że i teraz tak było. Bo polityka to trochę teatr, choć na pewno nie tylko teatr i nie głównie teatr. Dlatego zresztą Ronald Reagan odnosił w niej takie sukcesy. W amerykańskiej, bardzo już telewizyjnej polityce końca lat 70. i dekady lat 80. aktor był, jak znalazł. Reagan, 40.prezydent w...
Jak bardzo ofensywna jest political correctness, czyli polityczna poprawność! Jak bardzo zmienia język, wprowadza cenzurę, kreuje tematy tabu. Właśnie oglądam zdjęcia z albumu kupionego przez mojego przyjaciela w Waszyngtonie w 2004 roku. Wydało go niemieckie wydawnictwo Taschen, uchodzące za największego globalnego sprzedawcę książek o sztuce (mają księgarnie na trzech kontynentach).  Dziś można kupić ich albumy o Leonardzie da Vinci, Michale Aniele, ale też o najlepszych biało-czarnych filmach w historii, jazzie i Davidzie Bowie. Sztukę pojmują szeroko, skoro widziałem też ich album o… jodze! Ale teraz skupiam się na tym albumie, nabytym w stolicy USA 16 lat temu. Jego autorem jest Uve Ommer. Tytuł: „Black Ladies”. Dziś taki tytuł na pewno nie byłby już możliwy, bo użycie słowa...
Media ujawniły, że warszawski ratusz wydał 300 tysięcy złotych na „paradę błaznów”. W pierwszej chwili pomyślałem, że w ten sposób ukryto finansowanie zjazdu założycielskiego nowego ruchu politycznego Rafała Trzaskowskiego… Rzeczywiście, specyfika życia w dzisiejszych czasach polega na tym, że trudno odróżnić błaznów prawdziwych od tych, którzy błaznów udają. To, co ich jednak łączy, to fakt, że kuda im tam do Stańczyka. Ten to był mędrzec zatroskany o losy Rzeczypospolitej, a zza błazeńskiej czapki łatwo było dostrzec twarz wielkiego patrioty. A teraz? Mój Boże... Cóż, być może każda epoka ma takiego Stańczyka, na jakiego zasługuje. Czytam, że prezydent Warszawy, a zarazem wiceprzewodniczący PO, oświadczył, że w sprawie katastrofy ekologicznej i wpuszczenia wiadomo czego do Wisły...
A więc jest! Mamy to! A raczej ma Macron i Republika Francuska oraz Alzacja bez Lotaryngii, a zwłaszcza Strasburg. Administracja Parlamentu Europejskiego postanowiła, że po półrocznej przerwie posiedzenie PE odbędzie się w Strasburgu. Koniec z lockdownem uderzającym w interesy francuskich hoteli, restauracji, sklepów itp.! Ale liczbę pracowników europarlamentu, którzy mają w połowie września towarzyszyć na sesji deputowanym, zredukowano z 1500 do 340. Europoseł może zaprosić maksimum 1 swojego asystenta, ale musi pokryć koszty jego przyjazdu, żywiąc i płacąc za noclegi. Ważniejsze, że w razie wybuchu pandemii PE zapewnia transport posłów i pracowników do Brukseli i Luksemburga… Sprawdzam liczbę zachorowań we Francji – w dniu, w którym piszę te słowa, ponad 7 tys. Czytam doniesienia,...
W Brukseli zawsze padało – największa liczba dni deszczowych w stolicach europejskich, większa nawet niż w Londynie! – ale nigdy nie było koronawirusa. Teraz, o dziwo, dni deszczowych jak na lekarstwo, a zaraza szaleje. Parę miesięcy temu Belgia miała 28 razy więcej zgonów z powodu COVID-19 niż Polska, a teraz przyszła tzw. druga fala. Gdy idę z Parlamentu Europejskiego do domu, muszę na ulicy założyć maskę – jeśli nie, zapłacę mandat w wysokości 250 euro. I jest to naprawdę egzekwowane, bo policja patrzy i łapie. W samym europarlamencie też trzeba chodzić w maseczce, choć policja w środku nie pilnuje. Nie jestem specjalistą, ale przypominają mi się banialuki, które opowiadano, że jak będzie ciepło, to zarazę szlag trafi. Dziś ci „eksperci” pochowali się niczym mysz pod miotłą. Jest...
W telewizji mecz o finał Ligi Mistrzów Bayern Monachium – Olympique Lyon. To bardzo rzadka sytuacja, kiedy trzymam kciuki za niemiecki klub. Pewnie jak większość Polaków. Oczywiście ze względu na „Lewego”, czyli Roberta Lewandowskiego. Ostatnio Bawarczycy z polskim, warszawskim, kluczowym komponentem zdemolowali Barcelonę aż 8:2. Wyczułem u niektórych niedosyt, że nasz rodak strzelił „tylko” jedną bramkę i miał jedną asystę (podanie, które kolega zamienia na gola). Wzruszam ramionami. Przecież Lewandowski miał aż trzy „odbiory”, czyli przejęcia piłki od przeciwników, od których rozpoczęła się bramkowa akcja jego drużyny. Zatem każdy fachowiec powie, że Robert miał udział w więcej niż połowie goli Bayernu w tym meczu.  O piłce piszę, bo kreśląc ten felieton, zerkam na telewizor,...
Świat kręci się – wokół Słońca, panie Kopernik, przecież to jasne – jakby szybciej. Białoruś, Nord Stream, relacje USA–Chiny. No i oczekiwanie na wielkie BUM, czyli wybory prezydenckie w USA – tradycyjnie w pierwszy wtorek listopada. One mogą sporo zmienić. Na razie wizyta szefa amerykańskiego MSZ zwanego tam sekretarzem stanu, o łatwym do zapamiętania nazwisku i włoskich korzeniach. A przecież był już w Polsce rok temu z okładem przy okazji konferencji na temat Bliskiego Wschodu, a w szczególności Persji. Intensywność kontaktów USA–Rzeczpospolita denerwuje różnych naszych bliższych i dalszych, europejskich sąsiadów. Tak, to jasne: im bardziej Polska się liczy, tym bardziej irytuje to tych, którzy chcieliby, aby się nie liczyła. Manifestacje na Białorusi – rzecz niezwykła dla tego...
Państwowa Komisja Wyborcza uznała za ważne wybory prezydenckie Anno Domini 2020. Sąd Najwyższy – takoż. Mimo to opozycja chce być mądrzejsza od PKW, SN i 10,5 miliona ludzi głosujących na zwycięskiego kandydata i protestuje, kładąc się w progu niczym Rejtan. Kudy im jednak do patrioty Rejtana.  Choć, niestety, pod koniec życia Rejtan ze zgryzoty oszalał, więc być może do tego nieszczęsnego fragmentu jego życia nawiązuje opozycja? Widząc wezwanie do bojkotu zaprzysiężenia prezydenta w Zgromadzeniu Narodowym RP, przypomniały mi się słowa Seneki: „Szczególnie należy unikać melancholików i malkontentów, którzy znajdują przyjemność w narzekaniu z każdego powodu. Choćby się było pewnym lojalności i życzliwości takiego człowieka, to jednak wzburzony i stale rozżalony na wszystko...
Moja rada: czytajcie książki! Nie tylko surfujcie po internecie czy przeglądajcie „Gazetę Polską Codziennie”, ale zajmijcie się lekturą książek. Ktoś powie, może złośliwie, że Lech Wałęsa przeczytał w swoim życiu tylko jedną książkę – i to kucharską – a był liderem 10-milionowego ruchu, przewodniczącym Solidarności, prezydentem RP i noblistą. Wyjątki potwierdzają wszak regułę. Oby takich wyjątków było zresztą jak najmniej. Jak mawiał hiszpański artysta, obok Picassa twórca kubizmu, Ramon Gomez de la Serna: „Lew może przejść przez życie nie przeczytawszy żadnej książki, ale do tego trzeba być lwem”. Ponawiam zatem moją radę o czytaniu książek. Ma się przewagę nad tymi, którzy czytają wyłącznie gazety albo nie czytają w ogóle...  Oczywiście wiem, co w kwestii udzielania i...
Można powiedzieć, że PO w ostatnich wyborach prezydenckich dostała KO... To oczywiście żart, bo w języku boksu KO oznacza porażkę przed czasem. A tymczasem Trzaskowski nie przegrał przez nokaut, tylko na punkty, choć jednak wyraźnie, bo prawie pół miliona głosów to nie drobiazg i piechotą nie chodzi. Można by rzec, że Platforma przegrywając siódmy raz z rzędu, już po raz siódmy zyskała bezcenną naukę. Z każdą kolejną porażką zyskują kolejne doświadczenie i tak to już trwa latek sześć. Z tym doświadczeniem to przypomina mi się chińskie przysłowie (mam nadzieję, że w mojej proamerykańskiej – i słusznie – ojczyźnie można jeszcze cytować chińskie mądrości...), które mówi: „Doświadczenie jest niczym grzebień ofiarowany przez naturę łysemu”.    Ba, nie będę kopał leżącego, ale...
Dobrze, żeśmy wygrali. Gdybyśmy bowiem nie wygrali, to mówiąc słowami twórcy antycznej tragedii, Ajschylosa, „nasze smutki są radościami naszych wrogów”. A tak jest na odwrót. Tylko czy oni wiedzą, kto zacz?  Ale skoro tamtym wpisuję do sztambucha słowa Greka sprzed ponad 2,5 tys. lat, to nam dedykuję inną maksymę tegoż Ajschylosa: „Ważniejsze jest nie zwycięstwo, lecz właściwie wykorzystane zwycięstwo”. Nic dodać, nic ująć. Dosłownie wczoraj (piszę te słowa 16 lipca) minęła 610. rocznica wielkiego zwycięstwa polskiego oręża pod Tannenbergiem, czyli Grunwaldem. I to jest właśnie przykład zwycięstwa niewykorzystanego. Obyśmy dzisiaj, w IV RP, skonsumowali te siedem pod rząd wiktorii obozu patriotycznego inaczej, niż jak w I Rzeczpospolitej nie wykorzystaliśmy zwycięstwa obozu...
Bogu dzięki, kampania za nami. Ale amerykańska maksyma, której jestem zwolennikiem od mojej pierwszej (i pierwszej zwycięskiej) kampanii wyborczej do Sejmu RP przed 29 laty, mówi: „Kampania wyborcza rozpoczyna się dzień po wyborach”. Wiem, wiem, teraz będziemy mieć trzy lata i kwartał przerwy do wyborów parlamentarnych i lokalnych, które odbędą się w tym samym (?) lub podobnym (?) czasie – jesienią 2023 roku. To aż 13 kwartałów, ale już teraz należy o wyborach myśleć. Jestem pod silnym wrażeniem kampanii nienawiści, która była udziałem opozycji. Zastrzeżenie: nie mówię, że całej opozycji ani że wszystkich polityków opozycji, Boże broń! Ale jednak znaczącej tej opozycji części. Właściwie można by opozycji w Polsce A.D. 2020 dedykować słowa, które padły „dawno temu, w Ameryce”. Oto...
Gdy obserwuję kampanię ob. Trzaskowskiego, ciśnie mi się na usta maksyma Charliego Chaplina: „Patrząc z bliska, życie jest tragedią, ale z daleka to czysta farsa”. Nic dodać, nić ująć. Pan Rafał, pseudonim: 72 (z 77 obietnic danym warszawiakom w czasie swojej kampanii na prezydenta stolicy nie spełnił tylko 72) jest personą, która marzy, aby być polskim Macronem. Mówi gładko, z emfazą, ale głównie wtedy, kiedy przemawia indywidualnie. Gorzej w debatach, co pokazał podczas spotkania telewizyjnego 11 kandydatów: wypadł gorzej niż rywalizujący z nim o głosy Szymon Hołownia i był mniej przekonywający niż jego lewicowy konkurent, czyli Robert Biedroń. Ale Francuzi wybrali Macrona... Wiceprzewodniczący PO – o czym nie lubi wspominać – ma cudowną umiejętność amnezji na zawołanie: „Ja...
My nazywamy ich „naszymi oponentami”, a w najgorszym wypadku „przeciwnikami”. Ale oni nie bawią się w Wersal. Oni lutują, walą między oczy, jadą po bandzie, idą na rympał i bez żadnych zahamowań nazywają nas po prostu WROGAMI. Cóż, trzeba to przyjąć za normę, bo trwa to lata całe i nie ma żadnych oznak na niebie i ziemi, żeby miało się zmienić. Wręcz przeciwnie: ICH nienawiść do NAS narasta i narasta. Jeżdżąc podczas kampanii wyborczej prezydenta Andrzeja Dudy słyszałem to samo, czy to w okolicach Człuchowa, czy Lęborka (Słupskie, Pomorskie), czy też w Trzebnicy, Oławie, Udaninie, gminie Borów czy Siechnice (Dolnośląskie), czy wreszcie we Wrocławiu – że jeszcze nigdy, w żadnej kampanii wyborczej, ani prezydenckiej, ani parlamentarnej, nie zrywano tak często naszych banerów. Tak,...
W swojej książce „Porozumienie przeciw monowładzy. Z dziejów PC” Jarosław Kaczyński był łaskaw umieścić mnie w historii Polski. Kilka razy wspomniał o mnie jako o polityku. Ale nie tylko. Opisując połowę lat 90., kiedy cały obóz niepodległościowy był poza parlamentem (blisko dwie piąte wyborców nie miało swojej reprezentacji w sejmie RP!), sugeruje Jarosław, żem smakosz, a w zasadzie to obżartuch...   Cóż, lekarze mają swoją przysięgę Hipokratesa, ja od tegoż Greczyna wziąłem inną dewizę, nie mniej mądrą: „Nigdy nie pracuj, gdy jesteś głodny”. To mój słynny pracoholizm spowodował, że kocham jeść! Czy to nie proste? Nigdy nie rozumiałem stwierdzenia Lejzorka Rojtszwańca, którego literacki ojciec, rosyjski pisarz Ilia Erenburg, natchnął kontrowersyjną tezą: „Dziwna rzecz, apetyt też...
„Polak karku nie ugnie” – mówi stare polskie przysłowie. Ale inna staropolska maksyma tłumaczy, dlaczego tak się dzieje: „Polak ma twardy kark, bo długo na nim łańcuch nosił”. Czy pamiętamy amerykański serial kryminalny z porucznikiem Banaczkiem w roli głównej? Cóż, nasz rodak z USA był mniej sławny niż amerykański Colombo, brytyjski Sherlock Holmes stworzony przez Szkota Artura Conan Doyle’a czy belgijski detektyw Herkules Poirot wykreowany przez Angielkę Agatę Christie. Czemu wspominam o naszym krajanie z filmu made in USA? Otóż dlatego, że w każdym odcinku amerykański gliniarz rozwiązując tajemnice różnych przestępstw, obficie sypał polskimi przysłowiami. Niestety, żadne z nich nie było prawdziwe, bo wymyślał je naprędce jakiś matołek (gdzie mu tam do Koziołka-Matołka Kornela...
1 czerwca w Brukseli jest dniem wolnym od pracy. Nie wiem, czy to ukłon w stronę dzieci, czy może w stronę mężczyzn, którzy – jak twierdzą kobiety – do końca życia pozostają dziećmi. Ale tak poważnie: to tutaj drugi dzień Zielonych Świątek, ot co. W Brukseli – mówiąc tytułem książki rosyjskiego, opozycyjnego wobec komuny pisarza Wasilija Grossmana – „Wszystko płynie”. Unijny szczyt na przykład, poświęcony oceanowi szmalu, który ma zalać Stary Kontynent, miał być 19 czerwca, ale w kuluarach słychać, że jednak będzie później, pod koniec czerwca, albo nawet w lipcu. Jak nie wiadomo, o co chodzi – to chodzi o pieniądze. Jak nie wiadomo, dlaczego się opóźnia – to właśnie dlatego, że o kasę chodzi. Przekonanie holendersko-szwedzko-duńsko-austriackiego „klubu skąpców” nie będzie łatwe, tym...
Kobiety twierdzą, że ponoć wszyscy mężczyźni do końca życia pozostają dziećmi. Ale o celebrowanym dopiero co Dniu Dziecka pisać nie będę. Piszę ten felieton w Brukseli, czekając na rozpoczęcie nadzwyczajnej sesji Parlamentu Europejskiego, na której będzie mowa o 500 miliardach euro, które Komisja Europejska ma pożyczyć, aby kraje UE-27 przeżyły kryzys wywołany koronawirusem. Diabeł tkwi w szczegółach, ale te szczegóły są piekielnie (sic!) istotne: czy będziemy tę górę szmalu spłacać 30 lat (jak chcą Niemcy), czy lat 40 (jak chcą Francuzi)? Które z państw Unii będą bardziej „równe”, gdy chodzi o przyjęcie tych wielkich pieniędzy. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że znowu najbogatsi zadbają, żeby zbiednieć jak najmniej. Ja jednak nie o przeszłości, ale o przyszłości. Ale takiej,...
Tym wszystkim, którzy chcą pluć na innych, dobrze radzę: najpierw zbadajcie kierunek wiatru, bo inaczej możecie opluć sami siebie… Ekspert od spraw europejskich (a może i od spraw wszelakich), szef think tanku ESI Gerald Knaus, w trzeciej dekadzie kwietnia w niemieckim tygodniku „Der Spiegel” pogroził groźnie palcem, komu trzeba, podkreślając, że pieniądze z unijnego Funduszu Odbudowy, który ma powstać, aby przeciwdziałać gospodarczym skutkom pandemii, mają być przyznawane tylko tym krajom, które przestrzegają Traktatów Europejskich i… respektują orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE. Cóż, nie minęło 10 dni i nagle, jakby to powiedział tamada, czyli osoba odpowiedzialna za toasty na gruzińskich biesiadach: „Jan Sebastian Bach”: Trybunał Konstytucyjny RFN w Karlsruhe nie uznał wyroku...
Seneka Młodszy mądrze prawił, iż przez całe życie należy uczyć się żyć i, co może jeszcze bardziej dziwi, przez cale życie trzeba uczyć się umierać. Rzecz w tym, że można zaobserwować masę zupełnie nierozgarniętych delikwentów, którzy może życia to się i uczą, ale z niewielkimi rezultatami. Widać to także po opozycji w Polsce. Świadomie używam terminu geograficznego, bo z tymi przymiotnikami trzeba uważać...  A Senekę, syna Seneki Starszego, cytuję, bo przecież ów pisarz i filozof miał duży wpływ na chrześcijaństwo, sam będąc poganinem. Był skądinąd wychowawcą cesarza Nerona. Jak mówi stare polskie powiedzenie: drogowskazy nie chodzą – Seneka tak wychowywał przyszłego podpalacza Rzymu, że ten, gdy jego nauczyciel przestał być konsulem, wymusił na nim popełnienie samobójstwa....
Zapraszam do mojego biura w Brukseli, w Parlamencie Europejskim. Właśnie w nim kreślę te słowa. Wiem, wiem, granice wciąż jeszcze pół-zamknięte, samoloty nie latają, więc na razie zdani są Państwo na opis. Zresztą część z Was widziała przynajmniej fragment mojego biura, gdy łączyłem się via Skype z TV Republika czy TVP Info.  A więc od początku. Nad drzwiami jest oczywiście krzyż, bo jak mawiały nasz babcie, w tym moja: „Bez Boga ani do proga”, potem na półce pamiątka z pobytu u polskich żołnierzy i policjantów w Kosowie: tarcza z napisem „Polish Military Contingent” KFOR z orłem, symbolem NATO i mapą Kosowa. Tuż obok, „branżowo”, medal wybity przez Polskiego Przedstawiciela Wojskowego przy Komitetach NATO i UE z orłem na czerwono-białym tle. Sąsiaduje to ze szklaną tabliczką...
Istnieje powiedzenie, że w Polsce każdy zna się na polityce, sporcie i medycynie. Zdaje się, że nie tylko w Polsce, bo OBWE, czyli Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, która została poczęta za czasów nieboszczyka towarzysza Breżniewa Leonida jako KBWE (Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie), wydała właśnie oświadczenie, co by wyborów prezydenckich w Polsce nie było. Szczerze mówiąc, żaden to dla mnie autorytet medyczny, bo jako żywo organizacja ta kojarzy mi się z czystą polityką, a nie z troską o zdrowie ludzi. Skądinąd OBWE, co potwierdzi każdy prawdziwy ekspert (no, może poza ekspertami z TVN-u), ma ten szczególny (na psa) urok, że spore wpływy w niej posiada Federacja Rosyjska. Tak, to wiele wyjaśnia. OBWE zajmuje się monitoringiem wyborów w wielu...
Tej opowieści o polskim podziemiu antykomunistycznym nie znajdziemy w podręczniku historii, a nawet w specjalistycznych opracowaniach o Żołnierzach Wyklętych. Chodzi o ekspropriację – niczym Piłsudskiego w Bezdanach – czyli przejęcie pieniędzy w Aninie na początku lat 50. Tą historią żyła społeczność tej podwarszawskiej miejscowości.  „Leśni” akcję przeprowadzili perfekcyjnie, ponoć nigdy nie odnaleziono ani jej uczestników, ani pieniędzy. Oczywiście skazano za to jakichś nieszczęśników, którzy nie mieli ponoć nic wspólnego z rzeczywistymi sprawcami. Ale cofnijmy się w czasie. Dwie „historyczki”, Gryzelda Missalowa i Janina Schoenbrenner, napisały szkolną agitkę indoktrynującą w myśl komunistycznych kanonów polską młodzież. Był to podręcznik do historii dla klas V–XI, wydany na...
Ostatnio mój ojciec powiedział mi, że w swoim długim, dobrze ponad 80-letnim życiu oglądał szekspirowskiego „Hamleta” ni mniej ni więcej tylko... z 250 razy. Pierwszy raz w Opolu w 1946 roku, gdy miał według oficjalnych papierów lat 10, a naprawdę 12 (czasie okupacji dziadkowie „odmłodzili” go o dwa lata, żeby zwiększyć jego szansę przeżycia niemieckiej okupacji). Najbardziej frapujący dla niego fragment sztuki Szekspira to ten, gdy już niemal wszyscy się powyrzynali i powytruwali i wtedy nadchodzi Fortynbras wraz z wojskiem. Wódz przez Danię udaje się do Polski, a jego kapitan mówi o Polakach, iż będą walczyć „o kawałek ziemi, co żadnych bogactw w sobie nie zawiera (…) owszem, wojskami”.  Cóż, oto Polska widziana oczyma syna Albionu… Wielki wódz, hetman Stefan Czarniecki,...
Obserwując politykę „totalnej opozycji” (w odróżnieniu od opozycji) i szerzej: niektórych polityków, ciśnie się na usta aforyzm pozytywisty Aleksandra Świętochowskiego (1849–1938): „Mądrość jest morzem płytkim, ale burzliwym, a głupota bezdennym, ale martwym”. Patrząc natomiast, jak niektórzy aktorzy sceny politycznej za wszelką cenę usiłują zwrócić na siebie uwagę, przypomina mi się inna uwaga tegoż Świętochowskiego: „Próżność człowieka jest tak niewyczerpana w pomysłach, że gdy on nie umie niczym lepszym zadziwić, nie obcina sobie u jednego palca paznokcia”. Nie nazbyt często oglądam telewizję – dzięki temu mam lepsze samopoczucie. Ale jak już oglądam i słyszę debaty polityczne, w których opozycja twierdzi, że rządzący nie dbają w czasach pandemii o ludzkie życie, tylko o wybory, i...
Nasza rodaczka Ewelina Hańska (primo voto), de domo Rzewuska, secundo voto Balzac, była gwiazdą Paryża XIX wieku: płynnie władała siedmioma językami, grała na fortepianie i genialnie tańczyła. Wydano ją za mąż, gdy miała 19 lat, za 41-letniego bogacza Wacława Hańskiego, ale serce jej skradł francuski pisarz Honore de Balzac. Ale ja nie o niej, ja o nim właśnie. Francuski mistrz pióra był człowiekiem rozrzutnym, stąd spotykały go i takie przygody: „Chcę mówić z panem Balzakiem!” – woła komornik, dobijając się do zamkniętego mieszkania. Przez drzwi słyszy głos służącego: „Pana Balzaka nie ma w domu”. Na co komornik: „To niemożliwe, przecież widziałem go z ulicy w oknie!”. Na co służący: „Ale on Pana także widział”. Uwielbiam Szopena, bo jest w nim ta polska rzewność, nadwiślański...
Gdy pewien luminarz komunistyczny został w latach 60. w ramach rozgrywek wewnątrz PZPR wysiudany z kierownictwa tejże i „zesłany” na szefa Państwowego Wydawnictwa Naukowego (PWN), mój złośliwy ojciec mówił: „Jaka rewolucja – tacy encyklopedyści”. Nie przeciwstawiam wszak owego komucha Wolterowi et consortes, bo za francuskimi encyklopedystami nie przepadam. Trudno, żebym ich szanował, skoro Wolter brał pensję od carycy Katarzyny i nie przeszkadzały mu rozbiory mojej Ojczyzny. Filozof owszem, ale ruski jurgieltnik – też.  Przed napisaniem tego tekstu poprzysiągłem sobie, że nie napiszę słowa o COVID-19. Słowo się rzekło – kobyłka u płotu. Tytuł tej rubryki to „Widziane z Brukseli”. Tyle że w ostatnich kilkunastu dniach nijak to się ma do rzeczywistości, ponieważ jestem na banicji w...
Wszyscy piszą o koronawirusie, a ja nie chcę. To o czym mam pisać? Może o warszawskiej ulicy, przy której mieszka mój ojciec? A w zasadzie rodzina Czarneckich przez ostatnie 107 lat, z niewielkimi przerwami. Ta ulica to Koszykowa. Mało kto wie, że obchodzimy w tym roku równe 250 lat, jak ją przeprowadzono na terenie dawnego Ujazdowa. Jednak nazwę – oczywiście od „koszyków” – ma „dopiero” od 135 lat. A może napiszę o Unii Europejskiej? Owszem, ale to jednak byłoby w kontekście COVID-19. Bo UE, tak jak z brexitem, niczego nie zrozumiała ani niczego się nie nauczyła. Niby to związek suwerennych (27) państw, ale tak naprawdę królestwo. Królową jest w Unii Pani Hipokryzja. Oto przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula Gertrud von der Leyen, z domu Albrecht, krytykuje Polskę, ale też Danię...
Właśnie przyleciałem z Genewy. W tym urokliwym mieście w dniu, w którym byłem, liczba chorych z powodu koronawirusa była dwukrotnie większa niż w 38-milionowej Polsce!  Złapałem się na tym, że już trzeci z rzędu felieton z cyklu „Widziane z Brukseli” chcę poświęcić koronawirusowi. Dzieje się tak nie dlatego, że jestem monotematyczny, ale dlatego, że tak naprawdę i polityka, i sport nawet schodzą nam na dalszy plan.  Wszyscy myślą i mówią o pandemii, która na naszych oczach – i oby nie z naszym udziałem – staje się XXI-wieczną dżumą. Gdy piszę te słowa, w mojej ojczyźnie zanotowano 47 przypadków zachorowań, choć jeszcze wczoraj wieczorem było ich 33, a przedwczoraj 27. Ta krzywa idzie szybko w górę. Może nie tak szybko jak w innych krajach, ale jednak ma rację prezydent RP...
Zdaje się, że jest kilku gości, którzy bardzo żałują, że to nie oni byli pacjentem zero w Polsce, gdy chodzi o koronawirusa... Najwięcej importujemy z Niemiec, ale ten import wirusa dokonany z RFN przez kogoś z Lubuskiego był fatalny. Polska opierała się długo. Przed nami wypadki zarażenia koronawirusem zanotowano w przeszło 20 krajach UE, ale przyszła kryska na Matyska. Oczywiście bój trwa. Chodzi o to, żeby nosicieli tegoż wirusa nie było, jak w Italii, na pęczki. Jako historykowi przypomina mi się mapa Europy z XIV wieku, obrazująca zasięg epidemii dżumy na Starym Kontynencie. Wielka zielona plama oznaczająca, że dżumy tam nie było, to całe terytorium Królestwa Polski. Wolny od wirusa był też kawałek Czech, wschodnich Niemiec i kawałek Królestwa Hiszpanii. Można to tłumaczyć opieką...
A było to tak. W czasie jednej z wielu solidarnościowych demonstracji w „Twierdzy Wrocław”, jak żeśmy określali dolnośląską stolicę, mój kolega z roku ze studiów historycznych na uniwerku, Leszek, spóźniony na manifestację, podszedł do tyraliery ZOMO-wców i spytał z głupia frant: „Proszę pana, a co się tu dzieje?”. Rosły zomowiec spojrzał na niego i ze stoickim spokojem odparł: „Tika-tika, wielka panika”. Powiedzenie owego dorodnego przedstawiciela Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej stało się kultowe, pamiętam je do dziś, choć minęło od tych czasów i heroicznych, i śmiesznych czasem, i złych – trzy dekady z niemałym okładem. Przypomniało mi się to powiedzenie właśnie teraz, gdy obok epidemii koronawirusa następuje jeszcze szersza epidemia strachu. Sam na lotnisku Zaventem w...
Szef Komisji Spraw Zagranicznych (i Bezpieczeństwa, a jakże...) najważniejszego kraju postsowieckiej Azji Środkowej na kolacji w Brukseli opowiada mi dowcip o rosyjskiej władzy i rosyjskich oligarchach. Do prezydenta Jelcyna przychodzi szef jego kancelarii i mówi: „Przyszli oligarchowie. Co mam zrobić?”. Na co Jelcyn: „Zaproś ich tu serdecznie”. Po latach do prezydenta Putina przychodzi szef jego kancelarii i mówi: „Przyszli oligarchowie”. Na co Putin: „Wprowadzić pod eskortą!”. Ostatnio w Brukseli gościł wicepremier Kataru, który jednocześnie jest ministrem spraw zagranicznych tego państwa. To przedstawiciel rządzącej tym przebogatym krajem dynastii Al-Thanich. Dyplomacja ma swoje wymogi, w związku z tym byłem bardzo grzeczny i nie zapytałem, co się stało z „Poszukiwana, poszukiwany”...
„Integracja dobrostanu ryb w rozwoju akwakultury UE” – to tytuł jednogodzinnej (sic!) konferencji w Parlamencie Europejskim w Strasburgu podczas ostatniej lutowej sesji. Konfa składała się z dwóch referatów. Tytuł pierwszego brzmiał: „Korzyści z poprawy dobrostanu ryb w akwakulturze”. Tytuł drugiego: „Dobrostan w prywatnych standardach dla bardziej zrównoważonej i odpowiedzialnej akwakultury”. Konferencja odbywała się w tym samym czasie, gdy europosłowie na sali plenarnej zajmowali się łamaniem praw człowieka w Republice Gwinei oraz przymusową pracą dzieci na Madagaskarze. Cóż, wiadomo, dzieci i ryby głosu nie mają – jak mówi stare polskie powiedzenie, które pamiętam z czasów dzieciństwa, gdy z uśmiechem na ustach wtłaczali mi je dorośli. I dlatego w imieniu ryb mówią ludzie, a w...
Fiat! Stał się brexit! Po trzech i pół roku żenujących scen w brytyjskiej Izbie Gmin oraz Parlamencie Europejskim, a także surrealistycznych zarzutów w europejskich mediach pod adresem Londynu – Brytyjczycy wyszli. I co się stało? Nothing, czyli nic. Dzieci się na Wyspach Brytyjskich dalej rodzą, krowy dalej się cielą, City nie zbankrutowało, turyści przyjeżdżają, królowa króluje, premier Jej Królewskiej Mości rządzi – czyli wszystko jest tak, jak drzewiej bywało. Drzewiej, czyli przed brexitem. Tylko w ostatnich dniach swojej obecności w Unii Brytania – o tempora, o mores – wypadła poza pierwszą światową „10-tkę” krajów o najmniejszej korupcji. Trudno to zwalać na brexit, „to” stało się przed. W ramach solidarności Commonwealth’u, czyli Wspólnoty Brytyjskiej, poza pierwszą „10-tkę” tegoż...
Prawdziwie rosyjski pisarz Aleksander Ostrowski (1823–1886) – skądinąd twórca narodowej sceny rosyjskiej – w komedii pt.: „Niewinni winowajcy” wystawionej trzy lata przed jego śmiercią włożył w usta jednego z bohaterów następujące słowa: „My, artyści – nasze miejsce w bufecie”. Wypowiada je postać określana jako „Artysta-Szmaga”. Sztuka owego pisarza – słowianofila zresztą – doczekała się premiery w Polsce dopiero w okresie PRL-u, kiedy rosyjscy pisarze, także ci z okresu caratu, w tym wyznawcy słowianofilstwa pod rosyjskim butem, mieli zielone światło w czerwonym raju.  Myślę o jego słowach: „My, artyści…”, gdy słucham niektórych artystów właśnie, pardon, „twórców”, którzy jako (łże)autorytety moralne czy specjaliści od politologii wypowiadają się na tematy polityczne, zwykle...
Piszę do mojej rubryki „Widziane z Brukseli” od wielu lat. Po raz pierwszy jednak w czasie zapalenia oskrzeli. Zapalenie zapaleniem, ale obawiam się, że nie wzbudzi ono jakiegoś intelektualnego pożaru w mojej głowie. Jednak większe zmartwienie niż ja mają niemieckie partie polityczne.  Właśnie DPA – odpowiednik PAP-u u naszego zachodniego sąsiada – poinformowała o wyraźnych spadkach pogłowia członkowskiego w największych partiach politycznych Republiki Federalnej. Ugrupowanie Angeli Merkel zmniejszyło stan posiadania o 9 tysięcy osób. Nic to w porównaniu ze współrządzącymi socjalistami – tych pożegnała przeszło dwukrotnie większa liczba towarzyszy (prawie 18,5 tysiąca). Ale, uwaga, to tradycyjna SPD, partia kanclerzy Willy’ego Brandta i Gerharda Schroedera, jest wciąż...
Nie ma już Holandii! Nie dlatego, że Niemcy najechały ją w 1940 roku, aby zaraz po tym zarekwirować wszystkie (!) rowery w tymże królestwie, pozbawiając w ten sposób miejscowych środka komunikacji niezbędnego wszak także dla ruchu oporu. Co prawda oba te państwa paręnaście lat potem zgodnie utworzyły Europejską Wspólnotę Węgla i Stali, ale bardziej pamiętliwi niż holenderscy politycy są holenderscy kibice piłkarscy: do dzisiaj, choć minęło już osiem dekad od początku niemieckiej okupacji, w czasie futbolowych meczy z sąsiadem znad Renu skandują: „Oddajcie nam nasze rowery!”. Nie ma już Holandii dlatego, że od teraz Holandia jest Niderlandami. Mnie to nie przeszkadza, bo bardzo często, także na tych łamach, używałem jakże dumnie brzmiącej nazwy: Królestwo Niderlandów.  Piszę te...
Mam poczucie déjà vu. Znowu Strasburg. Znowu budynek Parlamentu Europejskiego (o którym kolega – długoletni europoseł mówi z przekąsem, że to realizacja „snu pijanego architekta”). Znowu debata o Polsce. Znowu pusta sala. Znowu androny, dyrdymały, pozamerytoryczny bełkot, zero konkretów. Aż ziewać się chce. Ale, ale… Jednak chwila jest historyczna. Oto bowiem po raz pierwszy w historii Parlamentu Europejskiego (w zeszłym roku upłynęło 40 lat, od kiedy po raz pierwszy wybrano go w wyborach bezpośrednich) jednego dnia, jednego popołudnia, jedna po drugiej, zorganizowano trzy debaty o trzech niepokornych krajach członkowskich. Na przystawkę poszły Węgry, na główne danie – Polska, a na deser – Czechy. Słowem, gulasz węgierski jako starter, nasz schaboszczak jako main course i czeskie...
Jest pan Japończykiem, sir? – słyszę, ale nie mogę uwierzyć własnym uszom. Brali mnie już za Amerykanina, Anglika, Francuza, ba, Rosjanina, ale za Japończyka, na miły Bóg, nigdy! Nigdy ze względów oczywistych – na Australijczyka czy nawet mieszkańca Nowej Zelandii (choć nie autochtona!) to ja może i wyglądam – mimo że w takim Auckland w życiu nie byłem – ale jako żywo skośnych oczu nie mam i innych cech typowych dla synów Kraju Kwitnącej Wiśni również. Patrzę zatem ze zdumieniem na kelnera w mieście w północno-zachodnich Indiach, skąd już tylko krok – co prawda duży – żeby znaleźć się w Pakistanie. Czy on Japończyków nie widział? Może żadnego w życiu? Ale przecież mówił potem, że pracował na Goa, a w tej ekskolonii portugalskiej (przestała nią być zaledwie 60 lat temu) przybysze z...
Nazwa państwa Katar w Polsce brzmi, jak brzmi, i jest powodem do żartów ze swojego czy cudzego stanu zdrowia. Do polskiego języka politycznego Katar wszedł w okresie przed wyborami europejskimi A.D. 2014, gdy sztukmistrz z Sopotu sprzedawał fatamorganę zatytułowaną „inwestor z Kataru”. Zostawmy ten poziom depresji na Żuławach i przejdźmy do spraw poważnych . Bo relacje Rzeczypospolitej z tym jednym z najbogatszych państw świata to rzecz doprawdy na serio. Aby je mieć, warto Katar poznać, z jego niekiedy zdumiewającą specyfiką. Polakom, pamiętającym kartki na alkohol blisko cztery dekady wstecz, może się wydać dziwnie znajoma regulacja wprowadzona przez władze w Dosze. Każdy bowiem cudzoziemiec może wykupić w specjalnym sklepie w stolicy kraju – jedynym takim w całym państwie –...
Pan Jezus rodzi się na nowo. I rodzi się wszędzie. Także dla tych chrześcijan, dla których wiara w Niego oznacza ryzyko utraty życia: dla naszych braci w wierze w muzułmańskich krajach Afryki czy na Bliskim Wschodzie. A więc wszędzie tam, gdzie radykalni islamiści prowadzą czystkę nie tyle etniczną, ile właśnie religijną. Ciesząc się Świętami, rodzinnym spotkaniem w bezpiecznym polskim domu, patrząc na dzieci i wnuki zachwycone prezentami, pomyślmy o tych, którzy – jak my – wierzą w Boga Ojca Wszechmogącego i Jezusa Chrystusa – i płacą za to cenę najwyższą. Kilka lat temu, tuż po świętach Bożego Narodzenia, a jeszcze przed świętem Trzech Króli, odwiedziłem obozy dla uchodźców-chrześcijan w Erbilu, stolicy irackiego Kurdystanu. Pełen kościół, a raczej barak przemieniony na tymczasową...
Waszyngton, Waszyngton… W grudniu jest tu zimniej niż w Polsce, ale… kwitną bratki! Co prawda na polu – jakby to powiedzieli w Małopolsce – mroźno, ale w polityce amerykańskiej bardziej niż gorąco. Naprzeciwko Departamentu Sprawiedliwości, a po skosie ze 150 metrów od siedziby FBI (J. Edgar Hoover FBI Building), znajdującej się przy 935 Pennsylvania Avenue, znajduje się wysoki budynek z wielką, łopoczącą na wietrze flagą USA. Kiedyś była tutaj centralna siedziba amerykańskiej poczty. Teraz jest to część imperium Donalda Johna Trumpa – jeden z jego hoteli. Ten mniej znany niż najsławniejszy – nowojorski (w jego wnętrzach filmowano sceny „Kevina samego w Nowym Jorku”, w którym zresztą w epizodycznej rólce pokazuje się przyszły prezydent). Tworzą one sieć Trumps Hotels. Ten...
Chwilowo tytuł tej rubryki należałoby zmienić na „Widziane ze Strasburga”, bo kreślę te słowa właśnie w tym alzackim mieście. Mieście, którego nazwy dzielnic i nazwiska mieszkańców przypominają te niemieckie, choć Alzatczycy Niemców z powodów historycznych bardzo nie lubią. Piszę w nocy, po zakończeniu przedostatniej w tym roku sesji europarlamentu. Jeśliby zawrzeć ją w telegraficznym skrócie, to powiem tak: Vivat nowa Komisja Europejska! Umarł król, niech żyje król. Juncker et consortes odchodzą 1 grudnia. Wręczono też europejską nagrodę filmową Lux 2019 – kiedyś otrzymał ją Paweł Pawlikowski za „Idę”… Filmy filmami, ale poza trzema reżyserami filmów nominowanych do owej nagrody był również czwarty reżyser, bez filmów, za to z charakterem i piękną kartą, bo 144 dni (sic!) głodował w...
Amerykańska i zachodnioeuropejska prasa grilluje Trumpa. Michelle Goldberg z „New York Timesa” czy Stefan Kornelius z „Sueddeutsche Zeitung” nie przeprowadzą impeachmentu 45. prezydenta w dziejach USA, ale co powypisują, to ich. Nikt go zresztą nie przeprowadzi, bo krowa demokratów w Stanach głośno ryczy, ale mleka w tym obszarze nie da: to republikanie mają większość w Senacie. Właśnie lecę do USA, więc się dowiem, czy nic w tym względzie się tam nie zmieniło, ale jakoś nie sadzę… Skądinąd newsem, który mnie znacznie bardziej poruszył niż odgrzewane kotlety o Donaldzie Trumpie serwowane przez amerykańskie –  i nie tylko – media, była informacja, że były szef kuchni Białego Domu z czasów Barracka Husseina Obamy otworzył w Nowym Yorku, a konkretnie na East Upper Side, bistro. Sam...
Jestem w kraju ostatniego laureata Pokojowej Nagrody Nobla, premiera Etiopii Abiya Ahmeda. Żeby tu się znaleźć, musiałem przemierzyć 3000 mil w powietrzu. Jak ktoś nie może żyć bez europejskiego systemu miar i źle się czuje z tym anglosaskim, to przetłumaczę, że w samolocie przeleciałem 4830 km. Chcąc nie chcąc – a wielkiego wyboru nie miałem – skorzystałem z Ethiopian Airways. Tak, ten sam przewoźnik, którego samolot uległ katastrofie 10 marca tego roku lecąc ze stolicy Etiopii do stolicy Kenii – a więc na tej samej trasie, na której zaraz i ja będę podróżował... Zginęło wtedy 157 osób, w tym polski dyplomata. Te linie, uwaga, mają coś wspólnego z LOT-em! Nie, nie jedzenie. Obaj przewoźnicy współtworzą wraz z np. niemiecką Lufthansą czy Austrian Airlines sojusz Star Alliance. Hasłem...

Pages