Gdzie ja żyję?

Oczywiście, pamiętam, że kiedyś tak było. Ceną za to, że w ogóle na jakiś temat coś się ukazało, były rytualne frazy i zaklęcia, że niesłuszne, że wrogie i generalnie jesteśmy przeciw. Orwell czy inni klasycy ukazywać się mogli tylko z idiotycznymi, odkręcającymi ich wymowę wstępami Sandauera czy Sadkowskiego, i jasna sprawa, że nikt na to nie zwracał uwagi (rzecz dotyczyła zresztą nie tylko polityki, ale też, np., uznanej za szkodliwą, zachodniej kultury popularnej). Ale cytowane wyżej rozmowy, może Państwo nie uwierzą, odbywałem teraz z ludźmi młodszymi ode mnie, którzy „pryl” pamiętać mogą ledwie co, a rzecz uznają za oczywistą. Zjechała? No przecież MUSIAŁA, ale wszystko co trzeba przemyciła! Gdzie ja, faktycznie, żyję? Z powrotem w „prylu”? A jeśli, to w którym? Za późnego Jaruzela, w czasach, gdy, jak to ujął pułkownik Garstka, „wstąpienie do Partii było wyborem sytuacyjnym, a nie ideowym”, gdy nikt już nawet w kierownictwie PZPR nie wierzył w żaden komunizm czy realny socjalizm
     
37%
pozostało do przeczytania: 63%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze