Nieobliczalne skutki arabskich rewolt

Cios w amerykańskich sojuszników

Upadek prezydenta Tunezji nie powinien stanowić większego problemu dla Zachodu. Tunezja nie znajdowała się dotychczas na liście państw zagrożonych terroryzmem i kulturowo jest państwem świeckim. Islamiści nie odegrali prawie żadnej roli w demonstracjach, które obaliły Ben Alego. Uaktywnili się dopiero później, ale na ograniczoną skalę. Sytuacja w kraju powoli się stabilizuje. Rząd poczynił dalsze ustępstwa wobec opozycji, co uspokoiło protesty. Tunezja ma pewne szanse stworzyć w przyszłości w miarę dobrze funkcjonującą demokrację.

Pod tym względem stanowiłaby raczej wyjątek niż regułę. Oprócz Egiptu najpoważniejsze antyrządowe demonstracje wybuchły w Jordanii, Algierii i Jemenie. Główną siłę opozycyjną stanowią tam islamiści, szczególnie z Bractwa Muzułmańskiego, tego samego, które przewodzi ogromnym protestom przeciw Hosniemu Mubarakowi. Bractwo narodziło się wprawdzie w Egipcie, ale będąc największą organizacją islamistyczną na świecie, działa w kilkunastu krajach Bliskiego Wschodu.

To ono rozpoczęło w styczniu demonstracje w Jordanii na wzór tunezyjski. Nie przybrały jeszcze tak masowej skali jak w Kairze. Opozycja nie wysunęła też żądania całkowitej zmiany władzy, uznając prawną legitymizację tamtejszej monarchii (choć z zastrzeżeniem, że jej stanowisko mogłoby się zmienić, gdyby jej postulaty nie zostały wysłuchane).

Mimo to, pod wpływem coraz większego wrzenia na całym Bliskim Wschodzie, król Jordanii zawczasu zdecydował się na ustępstwa i 1 lutego zdymisjonował rząd. Może to oznaczać, że wkrótce drogą negocjacji Bractwo Muzułmańskie uzyska większy wpływ na władzę, a łatwość, z jaką uzyskało pierwsze koncesje, może je zachęcić do wysuwania dalszych żądań.

W Algierii, gdzie panuje system półautorytarny, koncesjonujący dostęp do parlamentu, ugrupowania wywodzące się z Bractwa Muzułmańskiego znajdują się zarówno w koalicji rządowej, jak i w opozycji....
[pozostało do przeczytania 70% tekstu]
Dostęp do artykułów: