Dobry zwyczaj


Patrząc jedynie na normy prawne, wyciągnąć można wniosek, że prezydent ma prawo po wyborach desygnować na stanowisko premiera każdego, także osobę niebędącą politykiem. Wcale nie musi też mianować przedstawiciela najliczniejszego klubu parlamentarnego, a nawet jeśli spośród niego wybierze sobie kandydata, to nie musi to być lider ugrupowania zwycięskiego. Co w tej mierze podpowiada nam dotychczasowa praktyka? Ano tyle, że wielokrotnie premierem była osoba niebędąca szefem zwycięskiej partii ani jednej z partii zwycięskiej koalicji. Dotyczyło to Jana Krzysztofa Bieleckiego, Hanny Suchockiej, Józefa Oleksego, Włodzimierza Cimoszewicza, Jerzego Buzka, Marka Belki i Kazimierza Marcinkiewicza. Z powodzeniem można zatem powiedzieć, że zwyczaj konstytucyjny nie nakazuje desygnować na premiera szefa zwycięskiego ugrupowania parlamentarnego. Tu Komorowski, strasząc Tuska Schetyną jako przyszłym premierem, ma z pewnością rację. Trochę jednak inaczej rzecz ma się w przypadku pogróżek wobec PiS-u. Jasne, że nawet w przypadku wygrania wyborów przez tę partię Komorowski nie musi desygnować żadnego z proponowanych przez nią działaczy na premiera, ale do tej pory desygnata najczęściej obejmowała albo polityka zwycięskiej partii, albo jej koalicjanta (casus Waldemara Pawlaka), o którego powołanie na urząd pierwszego ministra wnosił szef zwycięskiego ugrupowania. To jest zwyczaj, który daje się z pewnością ustalić na podstawie analizy przeszłych nominacji i także dlatego winien być kontynuowany. Komorowski jednak wielokrotnie pokazywał swe lekceważenie dla zwyczajów i obyczajów panujących w społeczności. Prezydent albo plecie androny „o swoich kobietach” w poprawnych politycznie Stanach, rozsiada się przed gośćmi w swym fotelu, albo opowiada o przyjemności wizytowania powodzian. Dlaczego zatem akurat w przypadku prawa miałby przestrzegać dobrych obyczajów?
[pozostało do przeczytania -0% tekstu]
Dostęp do artykułów: