Duch „towarzysza Szmaciaka” w Pałacu

Rozmaite media, stacje telewizyjne i programy radiowe bez przerwy odwiedza doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego, aktywista dawnej PZPR, Tomasz Nałęcz. Wypowiada się w wielu kwestiach: a to broni decyzji o zaproszeniu Wojciecha Jaruzelskiego, a to atakuje PiS i Jarosława Kaczyńskiego za rzekome zagrażanie demokracji. Czy Tomasz Nałęcz podpisuje się przy tym: „były kacyk PZPR”? Nie, posługuje się tytułem profesora historii Uniwersytetu Warszawskiego. Zresztą, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dobrze się stało, że Nałęcz zajął się polityką. Lepiej konweniuje z gabinetem osobliwości otaczającym Pana Prezydenta, a jego zniknięcie korzystnie odbije się na wiarygodności Uniwersytetu Warszawskiego.

Odcienie czerwonego sztandaru

Ponieważ tow. Nałęcz wyraźnie zapomniał, kim jest, razi nietaktem i arogancją, a komentując np. sprawę Jaruzelskiego, udaje bezstronnego eksperta, warto przypomnieć, kiedy i w jakich okolicznościach wypłynął na szerokie wody – jeśli nie cuchnące ścieki – polityki PRL. A wydarzyło się to na XV (ostatnim) Plenum Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, które odbyło się 18 września i 3 października 1989 r.

Obrady tego partyjnego konwentyklu przebiegały w mało optymistycznej atmosferze. Po przegranych wyborach parlamentarnych i powołaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego władza PZPR kurczyła się dosłownie z dnia na dzień. Występujący na Plenum szef MSW towarzysz Czesław Kiszczak tłumaczył członkom KC, że tu już nie jest kryzys władzy, lecz „zupełnie nowa sytuacja”. Skarżył się, że całkiem realna jest wizja utraty kontroli PZPR nad bezpieką: „obok postulatów dotyczących odpolitycznienia resortu ostro pojawia się propozycja uformowania pluralistycznego politycznie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Przejawia się to w naciskach, by na stanowiska wiceministrów weszli przedstawiciele ważniejszych sił politycznych. W czasie przesłuchań w Sejmie ostro się temu...
[pozostało do przeczytania 74% tekstu]
Dostęp do artykułów: