Odrodzenie czy zmierzch. Część I

Wielu ludzi Obamy uważa, że potęga USA, status supermocarstwa są „niesprawiedliwe” wobec reszty świata, niemoralne, niewłaściwe. Sam Obama jest zbyt dobrym politykiem, by operować retoryką Cartera. Przeciwnie, w ramach swojej nowej kampanii mówi znów o przywróceniu w USA prosperity itd.

Ale ludzie, ich wielkie rzesze, jego „nadziei” mają serdecznie dość. Sytuacja Ameryki wygląda zaś jeszcze gorzej niż w 1979 r. Każdego dnia musi ona uiścić kilka bilionów (mówiąc po amerykańsku) tylko samych odsetek od zapożyczonych ogromnych sum. Zapożyczonych głównie w Chinach. Raczej dość trudno będzie w przyszłości rywalizować z konkurentem, który – mówiąc kolokwialnie – ma nas w kieszeni.

Ameryce raczej nie grozi bankructwo w sensie ścisłym, dysponuje mechanizmami chroniącymi ją przed takim finałem. Ale zagraża jej zdecydowany spadek poziomu życia w kraju, to zaś zaowocuje oczywiście obniżeniem znaczenia USA we wszystkich dziedzinach.

Każde rodzące się dziś dziecko jest od razu obciążone 30 tys. dol. długu. Obecny dochodzi już do 14,5 triliona i stale rośnie. Trudno sobie wyobrazić, co znaczy trilion (licząc po amerykańsku). Ponad 1900 lat przez każdą minutę można by wydawać tysiąc dolarów, a zostałoby jeszcze sporo pieniędzy. Gdy (całkiem niedawno) dług wynosił 13 trilionów, próbujący uzmysłowić Amerykanom sytuację podali, że 13 trilionów sekund temu był rok 410.000 przed urodz. Chrystusa.

Przeciw grabarzowi Stanów

Obama nie „ratuje” Ameryki, Obama grzebie przyszłość Ameryki. Obama nie odrodził kraju, on go dekonstruuje. Nie ma w tym nic specjalnie zaskakującego. Jeszcze przed wybuchem kryzysu Obama zapowiadał „radykalną transformację kraju”, twierdził, że trzeba naprawić „duszę amerykańską”. Tu słowa dotrzymał.

Zanim zaczęto opiewać „zmianę”, „nadzieję”, „wizję”, należało zadać pytanie, o co właściwie chodzi. Jaki jest światopogląd Obamy, jak i przy pomocy kogo budował własną karierę, do...
[pozostało do przeczytania 81% tekstu]
Dostęp do artykułów: