Gry wyborcze

Nie ma w tym systemie dobrego wyjścia. Z jednej strony mieliśmy poselskie weksle, a z drugiej mamy „polityczną korupcję”. Z jednej strony trudno odmówić posłowi prawa być czymś więcej niż tylko semaforem do głosowania, z drugiej – logika systemu czyni z niego bezwolnego wykonawcę poleceń prezesa. Dawno już proponowałem, i podtrzymuję, żeby zamiast utrzymywania kosztownych dla podatnika posłów dzielić pomiędzy prezesów, zgodnie w wynikami głosowania, 460 żetonów, które będą oni potem rzucać na stół i w ten sposób rozstrzygać głosowania. To samo, a o ileż taniej.

Oczywiście, ktoś honorowy, znajdując się w sytuacji Arłukowicza (powiedzmy, że wierzymy w ideowe pobudki jego kroku), zrezygnowałby z mandatu. A jeśli nie dla honoru, to przynajmniej dla pijaru, żeby zachować twarz. W końcu do wyborów już i tak tylko kilka miesięcy. No, ale jak to mówił w analogicznej sytuacji powieściowy Nikodem Dyzma, „po co tracić te kilka tysięcy złotych”.

Warto jeszcze jedno podkreślić. Partia, do której przystał Arłukowicz, wie, że liczyć może tylko na elektorat – delikatnie mówiąc – mało zaangażowany, i kombinuje jak koń pod górę, żeby jakoś zwiększyć wyborczą frekwencję. Służy temu wątpliwy konstytucyjnie i rodzący liczne podejrzenia pomysł dwudniowych wyborów. PO wbrew wszelkim głosom rozsądku upiera się przy nim, bo liczy, że poprawi to jej szanse. Argumentem oficjalnym jest uporczywie powtarzane twierdzenie, że wyższa frekwencja to lepsza demokracja. Otóż frekwencja jest niska, gdy wyborcy widzą, że ich głos nic nie zmienia. Podkupywanie posłów innych partii jest dobitnym pokazaniem ludziom, że ich głosowanie nie ma znaczenia, bo i tak politycy zrobią po swojemu. Więc mówić jedno, a robić to drugie to straszna obłuda; skądinąd dla PO typowa.

www.rafalziemkiewicz.salon24.pl
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: