Hymny trudnej codzienności

Te pieśni oprowadzają słuchaczy po świecie mało znanym, wciąż zakłamanym – świecie PRL-u i III RP. Ich słowa są jak wiatr i jak światło – wchodzą tam, gdzie my nie mamy odwagi wejść.

Otwierający spotkanie „Marsz pokoleń” spaja całość – jakbyśmy oglądali Polskę z daleka, widzimy idące po tej ziemi pochody, kondukty, ludzi samotnych – potem, w coraz większym przybliżeniu, rozpoznajemy konkretne osoby. Tak: naród to jedność pokoleń. To kolporter roznoszący bibułę i stary akowiec, który na tę bibułę czeka, by przekazywać sąsiadom. To bohaterowie i zdrajcy, komuchy i solidaruchy, spiskowcy i zomowcy, i tysiące donosicieli, którzy żyją dziś lepiej niż ci, na których donosili. Uwłaszczyli się na polskiej biedzie i na polskiej łatwości wybaczania.
Przypomniane zostają osoby ks. Popiełuszki, Przemyka, Kuklińskiego, padają też nazwiska Jaruzelskiego, Kiszczaka. I widzimy bohaterów bez nazwisk – chorych, na rencie, często bezrobotnych bez prawa do zasiłku. Polska szopka, może nawet „Betlejem Polskie”. Przypomniany zostanie jeden z najważniejszych dokumentów „Posłanie NSZZ »Solidarność« do ludzi pracy Europy Wschodniej” – tak, walka polskich robotników była „za waszą i naszą wolność”. Bez ich walki Mur Berliński stałby do dzisiaj i dzielił Europę. Na kraje biedy i lęku oraz na kraje sytości, których mieszkańcy odwracają głowy, by nie słyszeć wołania o pomoc. Solidarność doprowadziła do zjednoczenia Europy, bez niej byłaby ona wciąż tylko wspólnotą węgla, stali i egoizmu. Nie słyszymy jednak hymnu Solidarności. Dochodzi do nas – jak uderzenie w twarz – utwór „Konspiratorzy”. To nie hymn, to tragiczny antyhymn o antykomunistach. Nie wiedzą, czy wygrali, czy przegrali: „lecz nawet gdyby cofnąć czas / to by żyli tak samo jeszcze raz”.
Marsz pokoleń ukazuje rzecz groźną i groteskową zarazem: pokolenia kolejnych polskich lat są coraz mniejsze – jakiś dziwny grymas ewolucji. Więc najpierw z daleka widzimy tych, którzy – mówiąc językiem...
[pozostało do przeczytania 54% tekstu]
Dostęp do artykułów: