„Potrzebujemy broni i czołgów”

Ukraińska partyzantka ostrzelała z wyrzutni rakietowych i karabinów maszynowych mobilne krematoria armii Federacji Rosyjskiej. Ta bombarduje wioski i miasta. Setki ludzi uciekają w popłochu ze swoich domów, a ci, którzy zostali, topią śnieg, by zagotować herbatę. To nie sceny z filmu o postapokaliptycznym świecie, lecz rzeczywistość wschodu Ukrainy

Ukraina zdaje się być coraz bardziej osamotniona w swojej walce z Rosją. Świadczą o tym zarówno relacje osób, które znalazły się na pierwszej linii frontu, jak i polityczne ewolucje, jakie wokół konfliktu na wschodzie wykonują najważniejsi politycy europejscy.
O tym, jak przerażająca jest rzeczywistość na wschodzie Ukrainy, świadczy relacja Pawła Bobołowicza, reportera Radia Wnet: – Po kilkunastu dniach wyjechałem z linii frontu. Przez ten czas towarzyszyłem żołnierzom Czarnej Sotni i Gwardii Narodowej. To pewnie jedne z najbardziej (a może najbardziej) intensywnych i strasznych dni w moim życiu. Dni, których nie da się zapomnieć – relacjonuje. – Nie da się zapomnieć kolejnych ostrzałów artyleryjskich, tego przerażającego świstu spadających pocisków, eksplozji, min, szelestoświstu odłamków i rozsypujących się szyb. Nie da się zapomnieć płaczących ludzi opuszczających swoje domy pod Debalcewem. 
Bobołowicz, który praktycznie od początku relacjonuje wydarzenia na Ukrainie – najpierw w Kijowie, a teraz na wojnie z Rosją – zwraca uwagę na mocne tendencje separatystyczne wśród ludności Donbasu: – Nie zapomnę nienawistnych i pogardliwych spojrzeń tych, którzy ślepo zakochali się w Putinie, a w Ukraińcach widzą okupantów. Na wschodzie Ukrainy toczy się przerażająca, krwawa wojna. Nawet ONZ przyznaje, że pochłonęła ona już ponad 5 tys. ofiar. Wiadomo jednak, jak te dane są zaniżone: kto bowiem dociera do wiosek na lini frontu? – pyta reporter.
Bobołowicz opowiada, że w efekcie dramatycznych wydarzeń ludzie przywykli do życia bez prądu, bieżącej wody, gazu, centralnego ogrzewania. –...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: