Piłsudczycy 2014

Piłsudczycy – to ludzie, którzy wierzą, iż o Polskę trzeba walczyć, nie ustawać, a gdy Jej godność i honor cierpi, wtedy niestrudzenie iść, będąc „wprzęgniętym do olbrzymiego rydwanu, nad którym ciągną – ku krańcowi horyzontu, drżącemu w błyskawicach – sławę Narodu”. I dzisiaj są tacy

To się stało 6 sierpnia. Akurat tego magicznego dnia, który on sam opiewał, unosząc w wyższy wymiar symboliczny. W 1914 r. wyszli z Oleandrów o godz. 3.30 żołnierze Pierwszej Kadrowej. 30 lat później trwało kolejne polskie powstanie – Warszawskie. Siedział w swoim mieszkaniu przy ul. Kaliskiej. Słychać było wystrzały. To atakowała RONA, oddział rosyjskich renegatów, rywalizujący w okrucieństwie z „własowcami”. Nasi bronili czworoboku ulic między Kaliską, Kopińską, Białobrzeską i Joteyki. Juliusz Kaden-Bandrowski nie zszedł do schronu. Kończył przepisywanie rękopisu sztuki teatralnej. Klawisze maszyny stukały w rytm wystrzałów. Po godz. 14 wznowiono ostrzał artyleryjski… 6 sierpnia… Ogłuszający huk pocisków. Jak 30 lat wcześniej, w trakcie bitew legionowych – pod Łowczówkiem czy Kostiuchnówką. Może przymknął oczy i przypominał sobie te chwile, gdy z Komendantem słuchali odgłosów walk? Może myślał o długich marszach, wydłużonych cieniach w zachodzącym słońcu, w których rysowały się wyraźnie maciejówki i ostrza bagnetów? A może widział twarz Piłsudskiego? Jego oczy wpatrzone w mapę Warszawy w roku 1920?
Nagle odłamek niemieckiego pocisku wleciał przez okno i wbił się w brzuch pisarza. Kaden upadł.
Z rubinem na czole
„Niósł tedy w czapce te orzechy (szczęście miał tego dnia) i gryzł, pojadał, rozpłomienioną głowę na wichrze studząc… Młody Zygfryd – że dorwał się nareszcie do szczytu…
Zaś właśnie wtedy… orzechy z czapki wypadły, czapka się w bok potoczyła, a młody komendant pozostał na tym śniegu, na tych perłach zmiażdżonych pod złotymi strzępami lasu, z wilgotnym rubinem na czole… Złoty las przetkany czarną śmiercią… Chcielibyście...
[pozostało do przeczytania 81% tekstu]
Dostęp do artykułów: