Jedzie pociąg z daleka…

Filmowa fantastyka odnawia się za sprawą komiksu („Heavy Metal”, „Sin City”, „ 300”), ale może przezeń kiksować. Skrótowość i brak umiaru papierowej sztuki wymaga ostrożnego adaptatora. Komiks jest sztucznością, kino imituje życie, stąd łatwo o kolizję – i to jest przypadek „Snowpiercer…”.

Joon-Ho zrobił film efekciarski. Startuje w konwencji „katastroficznej”, ale chce czegoś więcej niż rekonstrukcji potopów, spadających gwiazd czy wielkiej zmarzliny. W przeszarżowanej formie opowiada o degeneracji socjalnej i indywidualnej. Oto walka z efektem cieplarnianym sprowadziła na świat w 2031 r. wielki chłód – ta intuicja jest dobra, po co igrać z naturą. Ale wizja upadku społeczeństwa, ulokowana w pociągu pędzącym przez lodowe bezdroża, w którym wagony zamieszkują – im dalsze od lokomotywy – coraz bardziej uciemiężeni robole, budzi wątpliwości.
Dzikie sytuacje i brawurowe obrazy długo te obiekcje zagłuszają. Oglądamy kaleki i degeneratów, niczym z gułagu, sekowanych przez strażników żywiących się paskudną breją. Buntuje ich Curtis (Ewans), wspiera opowieściami Gilliam (Hurt), wymyślnie karcą oprawcy, mityguje urzędniczka z aparatem na zębach (groteskowa Swinton).
Później pójdzie na ostro. Wyklęty lud ruszy ku lokomotywie. Napotka straszny opór, odkryje piekielne i rajskie kręgi, cudowne enklawy. Ale nie zabraknie pułapek ani wojowników gotowych bronić władzy. Do końca trwać też będzie teatr masek, chodzi bowiem o rewolucję zdradzoną, potraktowaną jako cykliczny czynnik wzmacniający system. Dopiero groźne pejzaże za oknem mogą okazać się szansą.
Wszystko tu jest metaforą, powtórką. Pociąg to rakieta, arka z innych opowieści. Podejrzane żarcie było w „Zielonej pożywce” i u Szulkina, u którego mieliśmy też kult Arki (tu świętej lokomotywy). Harris, nawiedzony maszynista, wypada w „Snowpiercer…” równie enigmatycznie jak zagrany przezeń wielki macher, kreujący sztuczną rzeczywistość w „Truman Show”.
Joon-Ho kręci kino dla...
[pozostało do przeczytania 27% tekstu]
Dostęp do artykułów: