Była taka wieś

28 lutego 1944 r. kureń nacjonalistów ukraińskich, dowodzony przez Władymyra Czerniawskiego, oraz  I batalion 4. pułku policyjnego, formowanej z ukraińskich ochotników 14. Dywizji Grenadierów SS, otoczył liczącą ok. 1000 polskich mieszkańców Hutę Pieniacką.
We wsi przebywała wówczas również nieznana dokładnie liczba polskich ocaleńców z Wołynia


Zamieszkana niemal w całości przez Polaków miejscowość miała oddział samoobrony, dowodzony przez Kazimierza Wojciechowskiego. Wydawało się, że jest bezpieczna od banderowskich ataków. Tym bardziej że w Hucie Pieniackiej przez dłuższy czas stacjonował  silny, liczący ok. 1000 osób oddział sowieckiej partyzantki pod dowództwem oficera NKWD Dmitrija Miedwiediewa.

Fatalny rozkaz
Obecność tak dużego zgrupowania zbrojnego z pewnością nie mogła ujść uwadze niemieckiego wywiadu.  20 lutego dziwnym zbiegiem okoliczności sowieccy partyzanci opuścili wieś. Po trzech dniach do Huty Pieniackiej podszedł oddział zwiadowczy, złożony z ukraińskich ochotników SS. Doszło do starcia z polską samoobroną, w wyniku którego zginęło dwóch ukraińskich esesmanów. Spodziewano się odwetu. Jednak wieś pozostała bezbronna, gdyż lokalne dowództwo AK, w nadziei, że nikt nie zdecyduje się na atakowanie kobiet, dzieci i starców, zaleciło członkom miejscowej samoobrony opuszczenie wsi i ukrycie broni. Łącznik z rozkazem dotarł tu w nocy z 27 na 28 lutego 1944 r.
28 lutego w Hucie Pieniackiej nastąpiła tragedia. Bestialsko wymordowano tu setki osób. Trudno dziś ustalić dokładną liczbę ofiar. Szacunki oscylują między 650 a 1200 zabitych Polaków. W straszliwych męczarniach ginęły całe rodziny. Nie oszczędzano dzieci i ciężarnych kobiet.  Po zakończeniu masakry plądrowano obejścia i grabiono polski dobytek. Cudem uratowało się ok. 160 osób. Wśród nich znalazł się 12-letni chłopiec, Antoni Bernacki. Po kilkudziesięciu latach pan Antoni relacjonował przed kamerą dokumentalisty Macieja...
[pozostało do przeczytania 56% tekstu]
Dostęp do artykułów: