Ostatnie uderzenie w Schetynę

Niegdyś wszechpotężny, trząsł Platformą Obywatelską z tylnego siedzenia, swoim ludziom załatwiał stanowiska i sprawował prawie nieograniczoną władzę. Dziś szczuty przez dawnych współpracowników i pozbawiany nawet niewiele znaczących wpływów – taką cenę zapłacił poseł Grzegorz Schetyna za bunt przeciwko Donaldowi Tuskowi

W 2005 r. Piotr Lisiewicz na łamach „Gazety Polskiej” pisał, że Schetynę we Wrocławiu nazywają Richelieu, ponieważ tak jak francuski kardynał był mistrzem w rozgrywkach zakulisowych i cechował się podobną mściwością. Rozmówcy „GP” twierdzili wówczas, że ludzie Schetyny nie cofną się przed żadnymi metodami. Na dowód tego przytaczali anegdotę: – Schetyna i Protasiewicz poróżnili się podczas dyskusji przy kieliszku ze swoim dawnym kolegą z opozycji. Ten, może po dwóch kielichach, wsiadł za kierownicę swojego samochodu. Wtedy oni zadzwonili na policję, która go złapała. To są ludzie, którzy nie mają żadnych zahamowań – opowiadał wówczas jeden z wrocławskich polityków.

Uczeń przerósł mistrza
Minęło dziewięć lat. Europoseł Jacek Protasiewicz, przyjaciel Schetyny jeszcze z lat 80., w listopadzie ubiegłego roku pozbawił swojego mentora stanowiska szefa dolnośląskiej PO. Zrobił to, ponieważ Schetyna szykował woltę przeciwko Tuskowi. Kiedy dawny wrocławski baron został rozgromiony w terenie, Protasiewicz wszedł w koalicję z jednym z najgorszych wrogów Schetyny, prezydentem Wrocławia Rafałem Dutkiewiczem. – Dutkiewicz szedł na rękę Protasiewiczowi już przy okazji wyborów regionalnych. Liczył, że zaraz potem jego ludzie zyskają wpływy. Tak się jednak nie stało. Spotykali się kilkakrotnie, w końcu ustalili, że zawiążą koalicję. Dutkiewicz postawił warunek, że chce się pozbyć marszałka województwa dolnośląskiego Rafała Jurkowlańca, a Protasiewicz odniósł się do tego z radością, bo przecież to najlepszy przyjaciel Schetyny – relacjonuje nam jeden z wrocławskich polityków. Jak tłumaczy, do odwołania...
[pozostało do przeczytania 72% tekstu]
Dostęp do artykułów: